Cass Pennant "Congratulations You have just met the I.C.F."

Wspomnienia angielskich chuliganów wydawane w formie książek ukazują się już od kilkunastu lat. Od dobrych kilku lat są też tłumaczone na wiele języków, już od dawna zaczytują się od nimi tacy np. Rosjanie. Polska długo była zaściankiem w tym temacie, dopiero rok temu ukazał się „Hoolifan” (autorstwa kibiców Chelsea), który spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Niecały miesiąc temu, nakładem tego samego wydawnictwa, światło dzienne ujrzała kolejna kultowa pozycja „Congratulations You have just met the ICF” (Gratulacje, właśnie spotkaliście ICF), autora Cassa Pennanta, czarnoskórego (sic!) chuligana z „Inter City Firm”, legendarnej bandy West Ham United ze wschodniego Londynu.

Dla znawców tematu to nic nowego, w Anglii „Congratulations...” ukazało się już w 2002 roku, a Cass jest jednym z najbardziej słynnych autorów książek poświęconych scenie chuligańskiej (od 2005 roku we fragmentach publikujemy w „TMK Plus” jego książkę „Top Boys”).

Jednak polskie wydanie to coś, na co czekaliśmy długo, nareszcie można w pełni odprężyć się i zasiąść do przenoszącej nas w czasie (do lat 70-tych i 80-tych) oraz przestrzeni (na Wyspy Brytyjskie) lektury. Przyznam szczerze, że gdy dostałem książkę do ręki, nie przeczytałem jej całej od deski do deski jednego wieczora. Czyta się ją po prostu nieźle, wciągają barwne opisy awantur o specyfice innej niż w Polsce.
Zdobywanie sektorów i pubów, spontaniczne walki uliczne fajnie oddają klimat najlepszych lat angielskiego ruchu chuligańskiego. Opisy brzmią swojsko i zrozumiale, bo tłumacz-najwyraźniej kumaty człowiek-dostosował angielskie zwroty do polskiego „słownika kibicowskiego”. Klimatyczne są zwłaszcza luźne opowiastki o harcach rozwydrzonego bractwa, jak ta z wyjazdu do nadmorskiego Brighton: „Jaja mi odmarzały. Była trzecia w nocy, a my byliśmy na plaży. Mieliśmy nieźle w czubie i byliśmy głodni, ale Brighton było zamknięte, żadnych fast foodów, nic. Paru małolatów z Under Fives wpadło na pomysł, żeby się włamać do jakiejś kawiarni. Wynieśli ze sobą mnóstwo pudełek z mrożonymi burgerami. Chyba nie wpadli na to, że nikt nie miał ze sobą piekarnika, ani mikrofali. Jeden z tych gówniarzy powiedział jednak, żebyśmy się o to nie martwili, ponieważ na plaży jest jakaś łódka. Miała w baku sporo paliwa, bo zapaliła się jak marzenie. Najpierw mieliśmy zwałę, bo byliśmy zmarznięci i głodni, a teraz mieliśmy wielkie grillowanie. Żyć, nie umierać! Po chwili pojawił się gliniarz, który wyglądał, jakby za kilka dni miał przejść na emeryturę. Było nas tam około sześćdziesięciu, porozrzucanych na plaży i smażących burgery na kijach.”.
Ciekawie czyta się też rozdział poświęcony angielskiej scenie muzycznej (coś, czego w „Hoolifanie” nie było), który sporo wyjaśnia w kwestii angielskich subkultur. Bardzo istotna dla angielskich fanatyków była moda, zawsze byli prawdziwymi „strojnisiami”: „Gdy rozmawialiśmy z fanami Sheffield United, po niewyraźnych minach naszych chłopaków było widać, co myślą o połączeniu z nimi, tym bardziej, że wszyscy oni na sobie mieli skinhead`owskie ciuszki. Cała nasza grupa była z kolei elegancko odziana w ubrania najmodniejszych producentów (...)”. Ważne też były buty: „Korowód w martensach. Patrzyliśmy z uwielbieniem na swoje cudeńka-wypolerowane aż lśniły. Dyskutowaliśmy o wadach i zaletach stalowych czubów. Gdy pociąg zbliżał się do celu, sprawdzaliśmy, czy buty są dobrze zawiązane. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, ponieważ czeka je sporo ciężkiej pracy”.
W porównaniu z „Hoolifanem” jest tu dużo mniej wątków autobiograficznych, czy prób analizy socjologicznej istoty ruchu hool`s, a właściwie nie ma ich prawie wcale. Są za to dziesiątki czystych chuligańskich relacji z krwawych lat „angielskiego koszmaru”. Książka ma aż 25 rozdziałów, większość z nich poświęcona jest rywalizacji ICF z danym, konkretnym klubem, a z całości wyłania się obraz najsilniejszej (zdaniem autora) bandy na Wyspach Brytyjskich. I tak w jednym rozdziale biją Tottenham, w kolejnym Man City, dalej padają Chelsea, Newcastle, Leeds, ekipy z Walii i Szkocji itd. W zasadzie najwięcej kłopotów potrafili sprawić West Hamowi fanatycy Manchesteru United, obu klubów z Liverpoolu oraz przede wszystkim Millwall. To z tą ostatnią bandą ICF toczyło walkę o prymat w Londynie.
Początki ICF to rok 1974, oto fragment jednej z pierwszych akcji tej młodej wówczas bandy (mecz wyjazdowy z Aston Villa): „Mieliśmy dobrą pozycję do ataku. W mgnieniu oka tłum pod nami się rozrzedzał, a tysiące tubylców uciekało na murawę. W trakcie ich ucieczki powstała olbrzymia luka między nami, a uciekającymi, co pozwoliło im się zorientować, że jest nas nie więcej niż pięćdziesięciu. Ta chwila była jednak niesamowita, przegoniliśmy ten cały pieprzony sektor. Panika była olbrzymia. Nikt nie miał pojęcia kim jesteśmy, łącznie z fanami West Hamu siedzącymi w przeciwnej części stadionu. I pomyśleć, że jeszcze w zeszłym sezonie goniliśmy dzieciaków na meczach juniorów.” Do kibiców Chelsea, w Polsce uznawanych obiegowo za liderów angielskiego chuligaństwa, West Ham, jak się okazuje, nie miał większego szacunku. Wycinek opowieści o zdobywaniu młyna fanatyków CFC na Stamford Bridge: „Bill Gardner, prawie dwumetrowy olbrzym z jasną fryzurą, przechodzi przez kołowrotki, strzegące wejścia na sektor Chelsea-The Shed. Mija je, nie oglądając się za siebie. Nie upewnia się, czy reszta naszych, zebrana na placu przed wejściem, idzie za nim (...) Im jest bliżej szczytu schodów, tym więcej chłopaków z Chelsea zaczyna się wycofywać. Gardner stanął w końcu naprzeciwko nich. Jestem wystarczająco blisko, aby słyszeć jego sławne przywitanie: „Witam panów, jestem Bill Gardner”. Jak tylko Bill skończył się przedstawiać, tuż przed nami tworzy się ogromna luka. Na twarzach stojących wokół chłopaków rysuje się przerażenie, ich oczy mówią „My wcale nie jesteśmy z Chelsea, już nie””.
Do nielicznych porażek należy zaliczyć starcia na terenach Millwall w południowym Londynie, jak to, kiedy ICF planując zasadzkę, samo wpadło w pułapkę rywali: „Nadszedł ten moment, gdy obie strony powinny na siebie ruszyć i twardo walczyć na śmierć i życie. Tak się jednak nie stało. Wokół mnie było czterech, czy pięciu solidnych chłopaków, z którymi powoli ruszyliśmy do przodu, ale nasi rywale natarli nas nas, machając swoimi kijami. Kątem oka widziałem, że część naszej ekipy zaczyna się wycofywać. A właściwie nie tyle zaczęli się wycofywać, co raczej spieprzali jak zające. Dotarło do nas, że chcąc ich zaskoczyć, sami wpadliśmy w pułapkę. Pomimo wszystko wciąż byłem przekonany, że jest nas wystarczająco dużo i mamy odpowiednią ekipę, aby skutecznie o coś zawalczyć. (...) Nagle dostałem w łeb bejzbolem i padłem na ziemię. Gdy podniosłem głowę, widziałem wokół siebie wyłącznie kibiców Millwall (...) Nasze upokorzenie na New Cross stało się tematem rozmów na wszystkich londyńskich stadionach. Wszyscy nasi rywale przyjęli tą wiadomość z wielką radością.”
Wielką niezwyciężoną epopeję ICF kończy w 1986 roku awantura z Manchesterem United, na płynącym do Holandii promie, który z powodu przelewu krwi zawrócono do Anglii. W wyniku tego skandalu UEFA zaostrzyła karę angielskim klubom, które rok wcześniej po Heysel wykluczono z europejskich rozgrywek na kilka lat. Po tym wydarzeniu grupa stopniowo przestała istnieć i dziś stanowi co najwyżej liczną rzeszę przyjaciół i kolegów „po szalu”.
Książka ma jedną niewątpliwą zaletę-pozwala przyjrzeć się z bardzo bliska specyfice angielskich awantur, poznać istotę tamtejszego ruchu hool`s i zweryfikować naszą dotychczasową wiedzę o nim. Okazuje się bowiem, że nasze pojęcie o Angolach było bardzo mgliste i schematyczne. Bo kto by przypuszczał, że w Anglii we wczesnych latach 70-tych rozrywką fanatyków było krojenie szalików, a w latach 80-tych w bardzo powszechnym użyciu był sprzęt, i to ten najostrzejszy? Albo, że jedna ekipa zbierała zdjęcia bojówkarzy wrogiej bandy, niczym obecnie w Polsce? Po lekturze „Congratulations...:” można spojrzeć inaczej np. na pamiętną awanturę w Parku Saskim`99, po której obici Angole tak płakali nad użytymi przez Polaków „przedłużaczami”, zapominając, co wyrabiali u siebie z grubsza biorąc dekadę wcześniej. Dla nas angielscy chuligani wyglądają jednolicie, jednak książka obrazuje ogromne różnice regionalne w ubiorze, akcencie itd. Wiele mówiło się o tym, że ekipy angielskie trzymają się razem na kadrze. Tymczasem chuligani West Hamu czuli się tak silni, że nawet tam chodzili swoimi ścieżkami, stroniąc od innych i co ciekawe, dość często dochodziło na reprezentacji do awantur pomiędzy zwaśnionymi ekipami! Fragment relacji z wyjazdu do Francji: „Działo się to w paryskim metrze, kibiców West Hamu było tam mniej więcej sześćdziesięciu, głównie Under Fives. Ja byłem jednym z najstarszych. Na stacji Gare De L`or do pociągu wsiadło mnóstwo chłopaków z Chelsea, więc wysłaliśmy Nazi Micka i jeszcze jednego kolesia na przeszpiegi. Chuligani Chelsea ustalali między sobą, że jak pociąg dojedzie do stacji docelowej, zaatakują West Ham. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że ich przeciwnik jest uzbrojony w metalowe rurki i toporki. Jak wjechaliśmy na przystanek, drzwi się otworzyły, a my wyskoczyliśmy na peron, pokazaliśmy nasze zabawki i spytaliśmy, czy mają jakiś problem.”
Z lektury można wywnioskować, że organizacja angielskich bojówek była jednak słabsza niż obecnie w Polsce. Nasze ekipy wydają się bardziej zdyscyplinowane i hermetyczne. Tam natomiast dużo było miejsca na spontaniczność, w większości przypadków kto chciał, ten po prostu jechał pociągiem i brał udział w zamieszkach. Ekipy angielskie nie mogły znać się tak dobrze jak polskie, skoro było tak dużo anonimowości, że jedna z popularnych sztuczek polegała na... wmieszaniu się po cichu w szeregi przeciwnika (czy to w drodze na mecz, czy już na stadionie), tak, aby się nie zorientował, a następnie... atak od środka!
W rywalizacji angielskich ekip, podobnie jak polskich, zdarzały się także te najtragiczniejsze przypadki. W rozdziale poświęconym awanturom z Arsenalem czytamy „Spośród wszystkich naszych skutecznych wjazdów na North Bank na Highbury, najbardziej spektakularną akcją była ta z roku 1982, gdy ktoś odpalił świecę dymną. Dzień ten okazał się najtragiczniejszym w historii spotkań obu grup fanów, bo w wyniku starcia przy stacji Finsbury Park śmierć poniósł jeden z kibiców Arsenalu. Dziennikarzy poniosło i pisali, że przy ofierze pozostawiono wizytówkę West Hamu-nigdy tego jednak nie udowodniono. Od tej chwili wszystkie ekipy zaczęły szukać dla siebie nazw i drukować własne wizytówki. (...) O tragedii dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy policja zaczęła każdemu z nas robić zdjęcia. Myśleliśmy, że chcą nas zawinąć. To były czasy, gdy działalność rozpoczynała Jednostka Wywiadu Kryminalnego. W efekcie zajścia, nigdy więcej nie udało nam się dostać na North Bank...” Książka Cassa Pennanta jest swoistym hołdem dla tamtych nieustraszonych wariatów, będących inspiracją dla podobnych grup w całej Europie. Dziś to my drwimy z Anglików, bo się obecnie nie liczą, są to przeważnie brzuchaci panowie, którzy większą uwagę przykładają do najdroższych ciuchów, niż szukają zadymy. Ale historia chuligaństwa mówi sama za siebie i stawia „Synów Albionu” w roli legendarnych gigantów i pionierów ruchu. Pozwala to im patrzeć na resztę Europy z wyższością, bo Anglia to nie tylko kolebka futbolu, ale i stadionowego fanatyzmu w tym najostrzejszym wydaniu.
P.S. W chwili, gdy kończyłem czytać książkę, życie dopisało kolejny rozdział. 26 sierpnia odbyły się derby West Ham-Millwall. Jak dowodzi przebieg meczu, ciśnienie towarzyszące tej rywalizacji kibiców istnieje do dziś. Kibice na boisku, bitwa z policją, latające butelki, armatki wodne, a nawet gumowe pociski. Jeszcze Anglia nie zginęła?

„J”

„Congratulations, you have just met the ICF”, Autor: Cass Pennant, Wydawca: Trolsen Communicate!, Rok wydania: 2009. Książkę można zakupić w sklepie TMK po adresem: www.skleptmk.pl

Artykuł jest własnością magazynu dla kibiców „To My Kibice”.