Dzień Ojca

Felieton TMCh #15: 23.06 - Dzień Ojca

Nie znam kibica, który nie miałby problemów z rodzicami w temacie meczów piłkarskich. Nawet jak Wam o tym nie mówią… przeżywają to bardzo. Dzisiaj Dzień Ojca. Jak ważną jest w naszym życiu osobą, najczęściej uświadamiamy sobie w momencie kiedy go stracimy. Jest jeszcze jedna droga „uświadamiania” – wtedy, gdy sami zostajemy rodzicami.

Ci, którzy czytali moją książkę „To my chuligani”, wiedza jak wyglądała moja droga. Na swoim pierwszym meczu pojawiłem się sam. Mało tego! W pewnym sensie pojawiłem się na przekór mojemu tacie. Z perspektywy czasu wydaje mi się to zabawne, że młody łepek buntuje się i odmawia chodzenia na ryby. Znalazłem sobie inne hobby. Coś, co wchłonęło mnie do reszty. Lata mijały, a ja, zamiast zapisywać składy drużyny z kolejnego meczu w zeszycie i chodzić na treningi pierwszego zespołu, coraz częściej interesowałem się tym, co dzieje się na trybunach.

Nigdy nie rozumiałem moich rodziców. Tych wszystkich ich obaw i pretensji. Nie było tego wszystkiego dopóki chodziłem na mecze domowe. Nawet pierwsze dwa wyjazdy odbyły się za ich zgodą i wiedzą. No powiedzmy sobie szczerze… sam bym się na te mecze wysłał, będąc na ich miejscu. Dobrze się uczyłem. Może nie piątkowo, ale źle nie było. Grzeczny i ułożony, bo tak mnie rodzice wychowali. Bez nałogów, krzywych akcji i dziwnych zainteresowań. Football i totalny fokus na kibicowanie.

Widzieli jak mnie to wciąga. Próbowali reagować. Zabraniać, zakazywać , przeszkadzać mi w tym, co w tamtym okresie czasu było dla mnie wszystkim. Ja wychodziłem z siebie! Wiele rzeczy robiłem im na złość. Raniłem czasami nieświadomie, czasami z premedytacją. Teraz wyjazd na mecz, jeszcze w zorganizowanej grupie autokarowej, to tak naprawdę piknik. Wtedy siedemnastolatek wychodził z domu nad ranem i wracał nierzadko z guzem na głowie następnego dnia w nocy. I takie kumate info dla młodych. Nie znam nikogo, kto z nas w tamtych czasach dzwonił by z budki telefonicznej do rodziców i mówił : „Ze mną wszystko ok!”. Tak, tak! Nie mieliśmy telefonów komórkowych! Ostatnie światła gasły w blokach na osiedlu jak młodzież wracała z wyjazdu. Wtedy też było słychać spadające kamienie z serc ich rodziców, mylone często z tąpnięciami na kopalni. Dziwne, że te tąpnięcia występowały zazwyczaj w sobotę w nocy.

Potrzebowałem lat na to, żeby zrozumieć ile tak naprawdę znaczą dla mnie rodzice. Zdążyłem już ich przeprosić za wszystkie wyrządzone zło. Nie podziękowałem za to, że zabraniali. A powinienem. Gdzieś tam w podświadomości nadal siedziało to jak mnie wychowali i myślę, że te zakazy miały wpływ na to, że nie odjechałem do końca i nie zniszczyłem sobie życia. Zawsze miałem to coś w głowie, co kazało mi logicznie podejmować decyzje.

Kilka lat temu na moich rękach położna ułożyła niewiele ważące 53 centymetry szczęścia. Mało jak na człowieka, który sprawił że świat wywrócił mi się do góry nogami. Zdążyłem już go zabrać na kilka meczów. Teraz czas na drugiego, który jeszcze nie zawitał na stadion, ale w przyszłym sezonie na pewno go zabiorę. Czy będę ich zmuszał do chodzenia na mecze? Nigdy. Nie chcę żeby skończyło się tak jak u mnie z rybami. Będą nastolatkami, to wybiorą swoją własną drogę. Ja im mogę tylko wskazać tę najlepszą, która mnie ukształtowała.
Co zrobię gdy za dziesięć lat powiedzą, że chcą jechać na mecz? Pojadę z nimi!

Z kibicowskim pozdrowieniem

TMCH 

P.S. Zabieram mojego tatę na strzelnicę. Musimy ten dzień spędzić razem. Pamiętajcie o swoich ojcach, bo nie tylko stadion Was wychował, ale to właśnie dzięki nim jesteście takim pozytywnymi wariatami!