Superszczęśliwy Stadion Śląski
2006-10-12
Ten mecz przejdzie do historii polskiego futbolu! Śląscy kibice będą z dumą opowiadać wnukom, że na nim byli. To był prawdziwy "kocioł czarownic", jak w latach 70. Kiedy Ebi Smolarek strzelał w pierwszej połowie dwa piękne gole, wydawało się, że wypełniony po brzegi Śląski eksploduje. Ponad 40 tys. ludzi zdzierało gardła przez 90 minut. Obcy ludzie padali sobie w objęcia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przybijałem piątkę zupełnie nieznajomemu mężczyźnie, który wrzeszczał mi do ucha: "Ebiiii!!!". To piękna rodzinna historia, bo poprzedniego gola Portugalczykom strzelił ojciec Ebiego, Włodzimierz, 20 lat temu podczas mistrzostw świata w Meksyku.
Na Śląskim panowała fantastyczna atmosfera, co chwilę na trybunach przelewała się meksykańska fala, a w mieszkaniach na pobliskim osiedlu Tysiąclecia drżały podłogi. Polacy, uskrzydleni tym dopingiem, grali z minuty na minutę coraz lepiej. Już przed przerwą mogli prowadzić 3:0, ale pechowy ostatnio Maciej Żurawski trafił w słupek. Pełne zawodu: "jeeuuu" słychać było chyba koło Spodka. Grupka nielicznych siedzących przede mną portugalskich kibiców zamarła, niektórzy zakrywali twarze, inni po cichu miotali portugalskie przekleństwa.
Mecz był porażką krytyków Stadionu Śląskiego. Wszystkie opinie o pechowym obiekcie, słabej akustyce, kapryśnych kibicach można wyrzucić do kosza. To był popis dopingu. Kiedy po drugim golu rozentuzjazmowani kibice ryknęli "Mazurka Dąbrowskiego", chyba wszystkim obecnym na stadionie przeszedł po plecach dreszcz.
W przerwie dopchałem się do uszczęśliwionego Gerarda Cieślika, który przyszedł obejrzeć mecz w towarzystwie małżonki. Dopchałem się, bo tłumy kibiców robiły sobie z nim zdjęcia jak z niedźwiedziem w Zakopanem. Legendarny piłkarz Ruchu, który 49 lat temu strzelił dwa gole w historycznym meczu ze Związkiem Radzieckim na tym samym stadionie, był wzruszony.
- Nie spodziewałem się tak fantastycznej gry Polaków, a ten młody Smolarek to superklasa - mówił.
A atmosfera na Śląskim taka jak w 57? - spytałem. Cieślik się żachnął: - No, niech pan nie przesadza, jest głośno, ale wtedy było niepowtarzalnie.
Kiedy w ostatniej minucie Portugalczycy strzelili gola kilka osób koło mnie złapało się w okolicach serca, żeby po kilkudziesięciu sekundach, po gwizdku sędziego, wyrzucić ręce do góry w szale radości. I 40 tys. ludzi zawyło "We are the Champions!"
Źródło: gaeta.pl
Prosimy o przysyłanie wszelkich informacji, zdjęc, reportaży i wiadomości, które mają znaleźć się na stronie na mail [email protected]
