kibice motoru podczas meczu z gks 2026

Motor wreszcie wygrywa

Fot. eastnews
2026-08-16

Po szalonych, obfitujących w gole starciach między tymi zespołami (aż siedemnaście trafień w trzech poprzednich meczach), tym razem kibice w Lublinie obejrzeli widowisko o zupełnie innym charakterze. Motor rzutem na taśmę pokonał GKS Katowice 1:0, a głównym aktorem tego piłkarskiego dreszczowca nieoczekiwanie okazał się system VAR.

Wideoweryfikacja zamiast kanonady

Zamiast strzeleckich fajerwerków, fani musieli uzbroić się w anielską cierpliwość. Sędzia Gryckiewicz spędził łącznie prawie dziesięć minut, nasłuchując komunikatów z wozu VAR w poszukiwaniu minimalnych ofsajdów. Technologia bezlitośnie anulowała najpierw bramkę dla gospodarzy, kiedy to po szarży Ndiaye na milimetrowym spalonym złapany został Kamil Czubak. Po przeciwnej stronie boiska z gola cieszył się Ilja Szkurin, ale i tu radość przerwał gwizdek – dogrywający mu piłkę Bartosz Nowak również znajdował się na niedozwolonej pozycji.

Weryfikacyjne sito przepuściło dopiero decydującą akcję z 90. minuty. Ndiaye popisał się genialnym zagraniem zewnętrzną częścią stopy, a Czubak rzutem na taśmę uciekł obrońcom (jego stopa dosłownie stykała się z wyrysowaną na monitorach linią) i ostatecznie zapewnił lublinianom komplet punktów.

Dla trenera Motoru ten wynik to potężny kamień z serca. Szkoleniowiec w końcu zanotował swoje premierowe ligowe zwycięstwo po zimowej rewolucji kadrowej, za którą stał właściciel klubu, Zbigniew Jakubas. Choć nowe nabytki wciąż adaptują się do systemu, gra zespołu w krytycznych momentach wciąż opiera się na sprawdzonych filarach. Kiedy na murawie brakowało płynności, to właśnie stary duet Ndiaye-Czubak wziął ciężar gry na własne barki. Triumf miejscowych był w pełni zasłużony – oprócz bramki, lublinianie potrafili jeszcze obić słupek (główkował Simon) i wykreować sobie kilka innych, bardzo dogodnych okazji.

W obozie gości trudno szukać jakichkolwiek pozytywów. GieKSa sprawiała wrażenie drużyny kompletnie pozbawionej prądu, co stanowiło oczywiste pokłosie ich niedawnych, wyczerpujących występów na europejskiej arenie. Śląskiej ekipie brakowało jakiejkolwiek boiskowej inwencji, a cały pomysł na ten mecz ograniczał się do posyłania rozpaczliwych, długich piłek w kierunku Szkurina. Białoruski snajper miał jednak fatalny dzień – w jednej z sytuacji, wychodząc na czystą pozycję, pomagał sobie ręką, a inną obiecującą szarżę zakończył uderzeniem w obramowanie bramki. Fizyczny paraliż katowiczan sprawił, że końcowy rezultat z pełnym przekonaniem można nazwać sprawiedliwym.

Fot.: Michal Janek/REPORTER 

iparts.pl
Zobacz także