Fassbender katem Widzewa
Miejscowi fani przy alei Piłsudskiego liczyli na łatwy triumf, zwłaszcza po fantastycznym otwarciu starcia z Koroną Kielce. Ich plany brutalnie zrujnował jednak Morgan Fassbender. Niemiecki zawodnik w zaledwie kilka minut w pojedynkę odwrócił losy rywalizacji, gwarantując podopiecznym Jacka Zielińskiego cenne zwycięstwo 2:1.
Błyskawiczna gol gospodarzy i na tym koniec radości
Łodzianie weszli w to spotkanie z ogromnym animuszem. Zespół dowodzony przez Aleksandara Vukovicia potrzebował zaledwie ośmiu minut, by zmusić bramkarza gości do kapitulacji. Sukces przyniósł dobrze wyćwiczony stały fragment gry. Po dośrodkowaniu z narożnika boiska tor lotu futbolówki sprytnie zmienił Juljan Shehu, a zdezorientowanych defensorów z Kielc z bliska skarcił Steve Kapuadi. Zamiast jednak pójść za ciosem i kontrolować przebieg wydarzeń na murawie, miejscowi niespodziewanie oddali pole przeciwnikowi.
Kluczowy fragment widowiska należał wyłącznie do jednego aktora. Defensywa Widzewa kompletnie się pogubiła, co z zimną krwią wykorzystał Morgan Fassbender, dwukrotnie wprawiając w osłupienie łódzkie trybuny. Najpierw w 22. minucie gospodarze popełnili fatalny błąd w ustawieniu, zostawiając przeciwnikowi mnóstwo wolnej przestrzeni. Niemiec, otrzymawszy dogranie od Wiktora Długosza, nie miał najmniejszych problemów z umieszczeniem piłki w siatce. Zaledwie 240 sekund później stadion zamarł po raz drugi. Tym razem winę ponosił jeden z łodzian, który po rzucie wolnym interweniował tak niefortunnie, że wystawił piłkę wprost pod nogi Fassbendera. Gracz Korony bez zawahania huknął z woleja pod samą poprzeczkę, nie dając Bartłomiejowi Drągowskiemu żadnych szans na reakcję.
W przerwie zaniepokojony trener Vuković próbował ratować wynik, wprowadzając na plac gry Angela Baenę kosztem Mariusza Fornalczyka. Zmiany nie przyniosły jednak oczekiwanego przełomu – łodzianie bili głową w mur, a wynik ustalony w pierwszej połowie utrzymał się aż do końcowego gwizdka. Co więcej blisko kolejnego gola była Korona, a dokładniej debiutujący w Ekstraklasie Norbert Barczak. Jego próbę i dobitkę wybronił jednak Bartłomiej Drągowski.
AŁ
Fot.: Grzegorz Ksel/REPORTER
