Kiedyś było inaczej-również kibicowsko.
Szczególnie w pięknych latach 90-tych.
Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami),które na meczah obracało się na pomarańczową strone. Często tą właśnie strone kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwe. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np.Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze ''trójkolorowe'' pasiaki kończyły się białymi frendzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB,Liverpoolu,Schalke,Bayernu,Arsenalu.
Każdy kto zakładał szalik musiał sie liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na ''hooligans'', ''ultras'' czy pikników. Jechałeś na wyjazd,zakładałeś szal-musiałeś liczyć się z konsekwencjami.
Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów.Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie,by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili,wszyscy mieli szale,wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury,pijackie akcje,śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami,kanarami i rewizorami.
Najczęściej jeździliśmy w ok.50 grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środe,lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100,200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres,w którym nasza drużyna sportowo dołowała.
Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.
Opraw meczowych w zasadzie nie było.Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną,albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konffetti i tyle.
Zgody umacniało się różnymi alkoholami,lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic pożygal się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.
Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze.
W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn)
kolegium można było dostać za palenie papierosa,stanie na ławce,użycie wulgarnego słowa,bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyńcze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy ''Rumburak''. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.
Flagi robiło się własnoręcznie.Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu , miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu ''KSG KING''.
Nie było internetu,kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych,a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.
Można by tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze,że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego,którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.
DR.MARTENS-DENTAL PLAN