Zacznę może od USA. Ciekawy tekst na temat podejścia władz MLS do kibiców, z nieco odwrotną tendencją niż w Polsce. Osoby mieszające z Stanach na pewno będą to mogły nam przybliżyć.
Jakże to oczywiste.Szalikowcy przejmują Amerykę
Przez ponad dekadę władze amerykańskiej piłki próbowały wylansować futbol jako sport dla rodzin z dziećmi. Dziś komisarz ligi MLS przyznaje, że nie da się zbudować ligi bez szalikowców. Bo pasja się sprzedaje...
Kiedy liga MLS startowała w 1996 roku, główne założenie opierało się na zachęcaniu młodzieży do uprawiania piłki nożnej. Dzieci z wiekiem miały łapać bakcyla, a rodzice zabierać pociechy na mecze piłkarskie. Porażkę tego modelu ogłosił w wywiadzie dla „The Oregonian” były komisarz MLS Doug Logan, odpowiedzialny za politykę w pierwszych latach ligi. W dosadnych słowach stwierdził: - Najlepsze publiczności piłkarskie muszą być troszkę niebezpieczne. Tu chodzi o trzech facetów z piwem wyzywających jednego na boisku, nie o rodziny. Jeśli chcecie rodzinnej rozrywki, idźcie do cyrku – powiedział w wywiadzie człowiek, który jeszcze 10 lat temu lansował właśnie rodzinny model.
Ze słowami Logana, dziś dyrektora generalnego amerykańskiej lekkoatletyki, nie do końca zgadza się szef drużyny Portland Timbers, która za dwa lata dołączy do ligi. Uważa, że użyte słowa są zbyt ostre, ale w gruncie rzeczy Logan ma rację – futbol był niepotrzebnie adresowany do rodzin. Oczywiście jest dla nich miejsce na stadionie, ale nie da się wokół matek z dziećmi stworzyć społeczności. Można im sprzedawać bilety grupowe czy rozdawać wejściówki w promocjach, ale prawdziwy pożytek jest z ludzi gotowych na wykupienie przed sezonem wstępu na wszystkie mecze. Dlatego futbol musi mieć wymiar plemienny, wspólnotowy.
Wiedziały o tym kluby Chicago Fire i DC United, które już w roku powstania ligi w swojej polityce uwzględniały współpracę ze zorganizowanymi grupami kibiców. Ta pierwsza pracowała m. in. z polską grupą Fire Ultras ’98, która obecnie stanowi część największej organizacji kibiców w Chicago – Section 8. Obie bazowały na ludziach już zainteresowanych piłką, nie próbowały tworzyć nowej społeczności na siłę, przyciągając tylko rodziny na mecze. Zyskały bardzo szybko, utrzymując bardzo stabilne wpływy dzięki wierności i liczebności kibiców.
Tą drogą dziś idzie cała liga. Zamiast matek z dziećmi trenującymi „soccer”, kluby adresują swoją ofertę marketingową do mniejszości narodowych, na przykład meksykańskiej czy polskiej. Ta pierwsza jest znacznie liczebniejsza, ta druga dobrze zna reguły kibicowania z Europy. W Chicago zaczęło się od Fire Ultras ’98, naszych rodaków widać też dobrze w Toronto FC, słynącym z gorącej atmosfery. Teraz polska mniejszość współtworzy nowy zespół z Filadelfii, który dołączy do MLS w 2010 roku, a już jest wspierany przez dużą społeczność. Kolejne zespoły z Portland i Vancouver dojdą w 2011 roku.
Każdy z nich bazuje na nowym podejściu – jest w nim miejsce na „młyn”, jest i na sektory rodzinne. I choć liczebnie to te drugie mają przewagę, kluby swój wizerunek chcą opierać właśnie na pasji dopingu, jakiej nie mają amerykańskie sporty, a która dla nas jest czymś oczywistym. Najmłodszy klub MLS, Seattle Sounders, zainicjował kampanię „Scarf Seattle” („Oszalikujmy Seattle”), by w przestrzeni publicznej zaistniał model kibicowania z szalikiem, w Ameryce praktykowany tylko na meczach piłki kopanej. Z kolei zespół New England Revolution, dotąd stroniący od zagorzałych fanów, dziś promuje się hasłem „Broń Fortu”, bo tak nazywa się sektor dopingujących kibiców w Foxboro.
Amerykanie właśnie dostrzegli, że trzonem kibicowskiej społeczności powinni być ludzie w wieku 20-34 lata, głównie mężczyźni, zwłaszcza ci już wcześniej zainteresowani piłką w swoich dawnych krajach. I to oni mają zaszczepić obyczaje piłkarskie amerykańskim rodzinom, a typowa dla futbolu atmosfera ma przyciągać na stadion w podobnym stopniu, co sam mecz.
PortalKibica.pl / PitchInvasion.net / OregonLive.com / SoundersFC.com
Portland Timbers Army (dołączyli do MLS w tym sezonie) >>> http://www.youtube.com/watch?v=AucOzX9qqRA
I jeszcze tekst na temat serpentyn w Kanadzie
U nas to wybryki, u nich „pasja z Europy”
Kiedy zawodnik idzie wykonać rzut rożny, ze wszystkich stron lecą w niego serpentyny. Zanim się wygrzebie, kibice dorzucają następne. U nas media mówiłyby o skandalicznym zachowaniu. W lidze amerykańskiej i kibice, i zawodnicy, i dziennikarze uważają to za świetną zabawę.
Na chwilę wybaczam Amerykanom, że nie umieją nazwać poprawnie najwspanialszego ze sportów i wymyślili jakiś „soccer”. Bo być może za kilka, kilkanaście lat w ich „soccerze” będzie więcej prawdziwego futbolu, niż tu w Europie. Podczas gdy w Europie powstają coraz to nowe zakazy, w USA i Kanadzie (póki co) kwitną ruchy kibicowskie. Ale po kolei...
Niecodzienne zwyczaje panują na stadionie BMO Field w Toronto. Tamtejsi kibice znani są z zaangażowania w doping i atrakcyjne oprawy. Co prawda do polskich im daleko, ale w młodej lidze MLS szybko wyrobili sobie markę „fanatycznych”.
Jednym z przejawów zawziętości fanów Toronto FC jest ich zamiłowanie do obrzucania rywali serpentynami. Kiedy tylko przeciwnicy podejdą do narożnika by wykonać stały fragment, leci w ich stronę od kilkudziesięciu do kilkuset serpentyn. Teoretycznie porządkowi powinni natychmiast uprzątnąć papierową masę, ale tego nie robią. Bo gdyby tylko spróbowali, zaraz poleciałyby następne – to tani i masowy pocisk.
Zawodnicy też nie zawsze się otrzepują, bo wiedzą, że im szybciej wznowią grę, tym mniej na nich spadnie. W ciągu meczu nawet parę minut upływa na opóźnienia spowodowane deszczem serpentyn. W Anglii „złośliwcy” nie mieliby wstępu na stadiony. W Polsce już niedługo też byliby z nich usunięci. Ale po drugiej stronie Atlantyku nie widzą w tym nic złego – w końcu nikomu nie dzieje się krzywda.
Dlaczego? Tłumaczy to Claudio Reyna grający obecnie w Nowym Jorku. – W Ameryce Środkowej też rzucali w nas różnymi rzeczami, ale nigdy tak bardzo. Fani Toronto mają niezłego cela. Owijali mi to wokół kostek, musiałem wstrzymać grę. To fantastyczne, oni są powiewem świeżego powietrza w tej lidze dzięki atmosferze na meczach – mówił Reyna na konferencji po meczu w Toronto. – Wiele innych miast i klubów powinno się od nich uczyć – kończył.
Jak to, uczyć się? Tak - potwierdzają to... dziennikarze. W Polsce przynajmniej niektórzy pisaliby o skandalicznych ekscesach (a inni powtarzaliby po nich), a Komisja Ligi nakładałaby surowe kary, jak w ostatniej kolejce. Ale w USA i Kanadzie media są zachwycone, że do skomercjalizowanej amerykańskiej ligi dociera „duch futbolu i pasja z Europy”. Felietonista kultowego ESPN, Yves Galarcep, twierdzi wręcz, że tego tak naprawdę potrzeba młodej lidze MLS. – To kluczowe dla MLS, bo atmosfera z BMO Field może mieć większy wpływ na stworzenie społeczności wiernych kibiców, niż jakiś David Beckham czy Cuauhtemoc Blanco.




