Lato na prezesa PZPN? "Zatesknimy" jeszcze za List
: 23.06.2008, 11:43
Wywiad ze Sportu z dn. 21.06. 2008
Wnioski płynące z tego wywiadu, dla mnie osobiście są przerażające... Jeszcze "zatęsknimy" za Listkiewiczem.
Czas na niewygodne pytania
Wpisał: Łukasz Żurek
21.06.2008.
Lubujący się w wyszukiwaniu futbolowych analogii wskazywali na włoską przygodę sprzed dwóch lat. Wtedy w Serie A posypały się karne degradacje za korupcję, a mimo to Italia sięgnęła po mistrzostwo świata. Fantaści wierzyli, że tego lata historia się powtórzy. Tyle że piłkarskimi herosami okazać się mieli biało-czerwoni. Takie myślenie okazało się jednak dobrym scenariuszem na niskobudżetowy film z gatunku science fiction. Pierwszy klaps z bliska widział Grzegorz Lato, członek zarządu PZPN.
- Ma pan jakiś sprawdzony sposób na kaca?
- Powiem panu, że ja rzadko piję. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem zawiany...
- Chodzi mi raczej o moralny dół po nieudanym podboju kontynentu w wykonaniu naszych piłkarzy.
- Sami żeście napompowali ten balon - wy, dziennikarze! Że niby Austrię pokonamy w cuglach, z Chorwacją też powinno pójść, a i z Niemcami powalczymy...
- ?!
- A jak się ośmieliłem coś powiedzieć, toście mnie odsądzili od czci i wiary. Że niby przeciwko Beenhakkerowi jestem...
ZAMACH STANU ROBIMY
- Twierdzi pan, że dziennikarze powinni przeprosić za blamaż drużyny narodowej na mistrzostwach Europy?!
- No tego nie powiedziałem. Ale wydaje mi się, że w innych krajach to się rzeczowo o piłce pisze. A u nas poziom dziennikarstwa bywa żenujący. Taki redaktor Zieliński twierdzi, że ja komuch jestem i beton. A jak za trenera Wójcika wracaliśmy z eliminacyjnego meczu, to dał taki popis, że cały samolot trzeba było po nim sprzątać. Powinien z pampersami wszędzie jeździć. Ale ja się nim jeszcze zajmę...
- Wróćmy do teraźniejszości.
- No to całkiem świeży przykład - siadam z Włodkiem Smolarkiem w restauracji, zamawiamy po lampce wina i od razu wielka sensacja, że niby zamach stanu robimy. A myśmy tylko o szkoleniu młodzieży rozmawiali...
- A nie szukaliście przyczyn klęski zespołu Beenhakkera?
- A czego tu szukać? Nie było ognia, nie było kim straszyć. Były za to błędy w powołaniach, w przygotowaniu drużyny i w zestawieniu wyjściowej jedenastki. Trener bał się ryzyka, zbyt mocno zaufał doświadczonym graczom. A prawda jest taka, że ich czas w kadrze już minął. O nazwiska proszę nie pytać...
- Wstydzi się pan turniejowego występu Polaków?
- Nie. Bo spójrzmy chociażby na Francuzów. Co oni mają powiedzieć?
- Spójrzmy raczej na zestaw ich rywali. Gdyby to Polacy znaleźli się w grupie śmierci, bardzo możliwe, że co cztery dni pokazywałyby nas wszystkie telewizje świata. W paśmie rozrywkowym...
- Ależ ja przestrzegałem nawet przed zespołami z grupy B. Mówiłem, że nie do zatrzymania może być Chorwacja i powtarzałem, że boję się współgospodarzy. Moje obawy się potwierdziły. Ciekawy jestem, jak skwituje to Beenhakker w swoim raporcie. To już niedługo - 3 lipca na zarządzie. Ale już dziś uważam, że powinien zostać na swoim stanowisku. Eliminacje mistrzostw świata za pasem. Nie ma czasu na zmiany...
TAK ZAŻYCZYŁ SOBIE BEENHAKKER
- To znaczy, ze nic się nie stało i będzie głaskanie zamiast burzy?!
- Nikt nie mówi o głaskaniu. Selekcjoner na pewno usłyszy kilka niewygodnych pytań. Ale nie złośliwych, tylko merytorycznych. Mamy do tego pełne prawo, bo przecież przed mistrzostwami spełnione zostały wszystkie jego postulaty. A nazywając rzeczy po imieniu - wszystkie zachcianki. Kogo wskazał, ten otrzymywał posadę. Chciał na przykład holenderskiego fizjologa, to go dostał, mimo że w tej branży mamy znakomitych fachowców - na dodatek perfekcyjnie mówiących po angielsku.
- Był pan przy tej kadrze w Austrii. Jak to wszystko wyglądało z boku?
- Wie pan, niewiele mogę powiedzieć, bo mieszkałem w innym hotelu niż reprezentacja. Zresztą, podobnie jak inni członkowie ekipy PZPN. Tak zażyczył sobie Beenhakker. Nie bardzo mi to odpowiadało, bo przecież z formalnego punktu widzenia jestem jego pracodawcą, a nie mogłem być blisko drużyny. Zaglądaliśmy tylko na treningi i do szatni. Mogę powiedzieć, że po każdym meczu chłopcy byli naprawdę zdruzgotani.
- Nastroje były podobnie, kiedy dotarła wiadomość o tragicznej śmierci Adama Ledwonia?
- Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni.
- Nie było tego ani widać, ani słychać. Kierownictwo PZPN nie zareagowało tak, jak powinno.
- Nieprawda. Były starania, żeby mecz z Austrią rozpocząć minutą ciszy albo zagrać z czarnymi opaskami na rękawie. Ale UEFA nie wyraziła na to zgody.
- Europejska federacja nie decydowała jednak, kto może udać się na ceremonię pogrzebową byłego reprezentanta Polski...
- Nikt nas nie poinformował, gdzie i o której. Wszystko odbyło się szybko i po cichu. Gdybyśmy mieli adres i datę, to gwarantuję, że delegacja związku pojawiłaby się na miejscu.
- Chyba nie chce pan powiedzieć, że przez tydzień nie dało się tego ustalić. Ludzie mówią o skandalu...
- W porządku. To był błąd, ale nie mówmy o skandalu. I nie chciałbym już rozmawiać na ten temat. Każda śmierć to tragedia...
BYŁOBY CO PISAĆ
- Zakończmy więc wątkiem piłkarskim. Nadszedł czas, by usiadł pan na fotelu prezesa PZPN?
- Jestem jednym z kilku poważnych kandydatów. Każdego szanuję i nikogo nie lekceważę. Skoro jednak mam zamiar wystartować w wyborach, to znaczy, że na czele związku widzę siebie. To byłoby ukoronowanie mojej kariery. Mam swój program i pomysł na to, jak zamknąć najbardziej niechlubny rozdział polskiego futbolu. Nie może być tak, że afera korupcyjna trwa w Polsce piąty rok. We Włoszech podobną sprawę zamknięto w sześć miesięcy. A u nas zanosi się na to, że za dawne winy kluby karane będą nawet i za 10 lat!
- Bolączki rodzimej piłki będzie można leczyć z pułapu innego niż fotel sternika?
- Będzie z tym ciężko. Ale po co z góry zakładać porażkę? Nie lubię przegrywać, jestem uparty i potrafię walczyć. Zdaję sobie sprawę, że w tej batalii będę brzydko „szczypany” - nie raz i nie dwa. Również przez dziennikarzy. Bo najłatwiej wcisnąć komuś w usta coś pikantnego i sprzedać. A czemu nie powęszycie wokół innych? Kandyduje Czarnecki, jest Jagodziński...
- Opłaci się węszyć?
- Byłoby co pisać...
Wnioski płynące z tego wywiadu, dla mnie osobiście są przerażające... Jeszcze "zatęsknimy" za Listkiewiczem.
Czas na niewygodne pytania
Wpisał: Łukasz Żurek
21.06.2008.
Lubujący się w wyszukiwaniu futbolowych analogii wskazywali na włoską przygodę sprzed dwóch lat. Wtedy w Serie A posypały się karne degradacje za korupcję, a mimo to Italia sięgnęła po mistrzostwo świata. Fantaści wierzyli, że tego lata historia się powtórzy. Tyle że piłkarskimi herosami okazać się mieli biało-czerwoni. Takie myślenie okazało się jednak dobrym scenariuszem na niskobudżetowy film z gatunku science fiction. Pierwszy klaps z bliska widział Grzegorz Lato, członek zarządu PZPN.
- Ma pan jakiś sprawdzony sposób na kaca?
- Powiem panu, że ja rzadko piję. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem zawiany...
- Chodzi mi raczej o moralny dół po nieudanym podboju kontynentu w wykonaniu naszych piłkarzy.
- Sami żeście napompowali ten balon - wy, dziennikarze! Że niby Austrię pokonamy w cuglach, z Chorwacją też powinno pójść, a i z Niemcami powalczymy...
- ?!
- A jak się ośmieliłem coś powiedzieć, toście mnie odsądzili od czci i wiary. Że niby przeciwko Beenhakkerowi jestem...
ZAMACH STANU ROBIMY
- Twierdzi pan, że dziennikarze powinni przeprosić za blamaż drużyny narodowej na mistrzostwach Europy?!
- No tego nie powiedziałem. Ale wydaje mi się, że w innych krajach to się rzeczowo o piłce pisze. A u nas poziom dziennikarstwa bywa żenujący. Taki redaktor Zieliński twierdzi, że ja komuch jestem i beton. A jak za trenera Wójcika wracaliśmy z eliminacyjnego meczu, to dał taki popis, że cały samolot trzeba było po nim sprzątać. Powinien z pampersami wszędzie jeździć. Ale ja się nim jeszcze zajmę...
- Wróćmy do teraźniejszości.
- No to całkiem świeży przykład - siadam z Włodkiem Smolarkiem w restauracji, zamawiamy po lampce wina i od razu wielka sensacja, że niby zamach stanu robimy. A myśmy tylko o szkoleniu młodzieży rozmawiali...
- A nie szukaliście przyczyn klęski zespołu Beenhakkera?
- A czego tu szukać? Nie było ognia, nie było kim straszyć. Były za to błędy w powołaniach, w przygotowaniu drużyny i w zestawieniu wyjściowej jedenastki. Trener bał się ryzyka, zbyt mocno zaufał doświadczonym graczom. A prawda jest taka, że ich czas w kadrze już minął. O nazwiska proszę nie pytać...
- Wstydzi się pan turniejowego występu Polaków?
- Nie. Bo spójrzmy chociażby na Francuzów. Co oni mają powiedzieć?
- Spójrzmy raczej na zestaw ich rywali. Gdyby to Polacy znaleźli się w grupie śmierci, bardzo możliwe, że co cztery dni pokazywałyby nas wszystkie telewizje świata. W paśmie rozrywkowym...
- Ależ ja przestrzegałem nawet przed zespołami z grupy B. Mówiłem, że nie do zatrzymania może być Chorwacja i powtarzałem, że boję się współgospodarzy. Moje obawy się potwierdziły. Ciekawy jestem, jak skwituje to Beenhakker w swoim raporcie. To już niedługo - 3 lipca na zarządzie. Ale już dziś uważam, że powinien zostać na swoim stanowisku. Eliminacje mistrzostw świata za pasem. Nie ma czasu na zmiany...
TAK ZAŻYCZYŁ SOBIE BEENHAKKER
- To znaczy, ze nic się nie stało i będzie głaskanie zamiast burzy?!
- Nikt nie mówi o głaskaniu. Selekcjoner na pewno usłyszy kilka niewygodnych pytań. Ale nie złośliwych, tylko merytorycznych. Mamy do tego pełne prawo, bo przecież przed mistrzostwami spełnione zostały wszystkie jego postulaty. A nazywając rzeczy po imieniu - wszystkie zachcianki. Kogo wskazał, ten otrzymywał posadę. Chciał na przykład holenderskiego fizjologa, to go dostał, mimo że w tej branży mamy znakomitych fachowców - na dodatek perfekcyjnie mówiących po angielsku.
- Był pan przy tej kadrze w Austrii. Jak to wszystko wyglądało z boku?
- Wie pan, niewiele mogę powiedzieć, bo mieszkałem w innym hotelu niż reprezentacja. Zresztą, podobnie jak inni członkowie ekipy PZPN. Tak zażyczył sobie Beenhakker. Nie bardzo mi to odpowiadało, bo przecież z formalnego punktu widzenia jestem jego pracodawcą, a nie mogłem być blisko drużyny. Zaglądaliśmy tylko na treningi i do szatni. Mogę powiedzieć, że po każdym meczu chłopcy byli naprawdę zdruzgotani.
- Nastroje były podobnie, kiedy dotarła wiadomość o tragicznej śmierci Adama Ledwonia?
- Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni.
- Nie było tego ani widać, ani słychać. Kierownictwo PZPN nie zareagowało tak, jak powinno.
- Nieprawda. Były starania, żeby mecz z Austrią rozpocząć minutą ciszy albo zagrać z czarnymi opaskami na rękawie. Ale UEFA nie wyraziła na to zgody.
- Europejska federacja nie decydowała jednak, kto może udać się na ceremonię pogrzebową byłego reprezentanta Polski...
- Nikt nas nie poinformował, gdzie i o której. Wszystko odbyło się szybko i po cichu. Gdybyśmy mieli adres i datę, to gwarantuję, że delegacja związku pojawiłaby się na miejscu.
- Chyba nie chce pan powiedzieć, że przez tydzień nie dało się tego ustalić. Ludzie mówią o skandalu...
- W porządku. To był błąd, ale nie mówmy o skandalu. I nie chciałbym już rozmawiać na ten temat. Każda śmierć to tragedia...
BYŁOBY CO PISAĆ
- Zakończmy więc wątkiem piłkarskim. Nadszedł czas, by usiadł pan na fotelu prezesa PZPN?
- Jestem jednym z kilku poważnych kandydatów. Każdego szanuję i nikogo nie lekceważę. Skoro jednak mam zamiar wystartować w wyborach, to znaczy, że na czele związku widzę siebie. To byłoby ukoronowanie mojej kariery. Mam swój program i pomysł na to, jak zamknąć najbardziej niechlubny rozdział polskiego futbolu. Nie może być tak, że afera korupcyjna trwa w Polsce piąty rok. We Włoszech podobną sprawę zamknięto w sześć miesięcy. A u nas zanosi się na to, że za dawne winy kluby karane będą nawet i za 10 lat!
- Bolączki rodzimej piłki będzie można leczyć z pułapu innego niż fotel sternika?
- Będzie z tym ciężko. Ale po co z góry zakładać porażkę? Nie lubię przegrywać, jestem uparty i potrafię walczyć. Zdaję sobie sprawę, że w tej batalii będę brzydko „szczypany” - nie raz i nie dwa. Również przez dziennikarzy. Bo najłatwiej wcisnąć komuś w usta coś pikantnego i sprzedać. A czemu nie powęszycie wokół innych? Kandyduje Czarnecki, jest Jagodziński...
- Opłaci się węszyć?
- Byłoby co pisać...