Widzew – Śląsk 5-2
Mecz z Widzewem wywołał spore zainteresowanie wśród fanów WKS-u. Ze zrozumiałych względów.
Przygotowania
Bilety zeszły szybciutko. Na tyle błyskawicznie, że nie zdążyli się zaopatrzyć w karty wstępu nasi zgodowicze, którzy już po rozprzedaniu wejściówek zaczęli przysyłać kilkudziesięcioosobowe zapotrzebowania na bilety. No, ale nikt nie przypuszczał, że karty wstępu skończą się w połowie drugiego dnia dystrybucji.
Dość poważnie do spotkania podeszli również ultrasi, zbierający ostatnio joby za brak opraw. Za tą jedną – odpuście im.
Najwięcej problemów było z załatwieniem transportu. Okazało się, że koleje regionalne nie mają taboru, trzeba było uśmiechać się do Intercity. A oni ostatnio, w Chorzowie, potraktowali nas, delikatnie mówiąc, jak dojną krowę.
Historia
Jak postrzegany przez kibiców Śląska jest Widzew nie ma co się rozpisywać. Kto się tematem interesuje, ten wie. Kogo to nie obchodzi – i tak nie zrozumie. Na dodatek sytuacja sprzed 5. lat, gdy przybyliśmy pod ichni stadionik, a ruda małpa wespół i w porozumieniu z ichnimi kibicami rękoma ichnich mundurowych nie wpuściła nas na mecz.
Jazda
Tu się zaczynał problem. Pociąg specjalny, w porządku, ale wszystkie dotychczasowe startowały z Dworca Głównego. Tymczasem teraz, z uwagi na jego remont, trzeba było odjechać z Mikołajowa. W redakcji obawialiśmy się, że paru roztrzepanych, z przyzwyczajenia przybędzie na stały punkt zbiórek.
Jak było – nie sprawdzaliśmy, lecz w dobie telefonów komórkowych gdyby do podobnego przypadku doszło, raczej byłby to powodem do szerokich kpin wśród całej kibicowskiej braci.
Podróż zaczęła się z kilkuminutowym spóźnieniem. Dla nas – niezrozumiałym. Jazda była jakaś taka smutna. Znakomita większość dostosowała się do zalecenia, by jechać bez wspomagania płynami imagogennymi. Oczywiście inne zdanie na ten temat miała ekipa „Ł”, ale do przepychanek z organizatorami nie doszło.
Fajny incydent miał miejsce na jednym z przystanków na którym dosiadało się bractwo. Zdziwiony milicjant nie mógł się nadziwić kto tak skutecznie obsmarował okolice dworca, które wcześniej nie nosiły na sobie podobnych oznaczeń. A w pobliżu nie było ewentualnych sprawców, jedynie grupka spokojnie zachowujących się zielonych ludzi, którzy w żadnym wypadku nie kojarzyli się z czerwonymi napisami…
Pociąg zaliczył tradycyjny w przypadku Widzewa „tour de Łódź”, a w zasadzie „tour de łódzki syf”, bo widoki jakichś ruin obok torów nie sprawiały wrażenia ekskluzywności. Wszędzie można doszukać się widoków rodem z getta, lecz na przebytej przez nas trasie jest chyba obecnie jakieś muzeum brudu.
„D” i „Ł” z jednego z większych wrocławskich osiedli nie jechali pociągiem. „D” nie miał biletu, ale skoro znalazł się inny transport, to czemu nie spróbować…
Tymczasem „Ł” twierdził, że… zaspał (start 9:50). Może i tak było, lecz podejrzenie padło na zupełnie inny powód. Powiedzmy dyplomatycznie: „abstynencyjny”.
Obaj panowie zostali dostarczeni do Łodzi, lecz w mieście musieli sobie radzić sami. A że humorek im dopisywał to łazili zaczepiając ludzi: „Czy ty jesteś Żydem?”
Wejście
Ale jajo. Jeśli okolice stadionu Widzewa od wejścia na sektor gości ma stanowić wizytówkę miasta Łodzi, to już wiadomo, czemu nikt tam nie przyjeżdża w celach turystycznych. Brud, smród, ubóstwo i dziki busz. Jedna z osób przeglądających materiały do Fana zapytała się, czemu nikt jej nie powiedział, że po drodze byliśmy w lesie.
Jednak samo wchodzenie na sektor odbywało się sprawnie. Nie wiemy, czy „tak miało być”, czy pomogła interwencja naszej szefowej od zabezpieczenia. Mimo, że pod bramami znaleźliśmy się pół godziny później niż było to zaplanowane, to wszyscy, którzy mieli swoje bilety weszli na stadion kilka minut przed pierwszym gwizdkiem*. Ci, którzy mieli wejściówki kolegów, po dopisaniu na listę, też weszli bez problemu.
Udało się jednemu z cwaniaków tak zakręcić ochroną, że wszedł bez wejściówki, niestety, taki obrotny tego dnia był tylko jeden. Ktoś tam się nie dostał (jeden bilet na pewno był nie wykorzystany).
Mecz na trybunach
Zaczęło się od tego, że na płocie sektora gości zadebiutowała długo oczekiwana flaga FC Jelenia Góra. Potem ultrasi zrobili oprawę upamiętniającą śp. Rolika. Zresztą poświęcona jemu flaga zawisła na naszym sektorze jako najważniejsza.
Tuż przed pierwszym gwizdkiem (także przed rozpoczęciem drugiej połowy) z głośników poleciała jakaś melodia. Dziwne, że niemal wszyscy fani WKS-u mieli jednoznaczne skojarzenia… no tak, Łódź to miasto w którym na siłę się promuje „wielokulturowość”. Melodyjka z głośników kojarzyła się z kulturą kojarzoną z pejsami i myckami.
Na jednym z pobliskich płotów szczypiorkowaty fan Widzewa spalił szalik Motoru. I tu doszło do interesującej sytuacji. Ruda świnka wzięła delikwenta za ucho i wyprowadziła go z sektora. Co się potem z nim stało – nie wiemy. Ale nikt rudej śwince nic nie powiedział. Ani słówka.
A dla nas ten grzeczny chuligan targany za uszko był swego rodzaju symbolem. Pięć lat wcześniej miejscowi hoolsi tak się poukładali z rudą, że ta nas nie wpuściła na stadion. Teraz sama ruda wyrzuciła jakiegoś napinacza z tłumu jemu podobnych.
Ocena dopingu jest utrudniona, bo rezultat „pomagał” miejscowym. Widzew, choć ich sektor za bramką zbytnio pojemny nie jest, lecz doping ma głośny. Potrafią uruchomić cały stadion.
Z naszej strony (ocena subiektywana) pierwsza połowa dawała radę. Niestety w II było o wiele gorzej, przynajmniej do 88 minuty. Melodia bum bum i jakieś murzyńskie wycie… z tym wyciem tak naprawdę dowiedzieliśmy się o co chodzi, gdy jeden z redaktorów odnalazł pewien link
http://www.youtube.com/watch?v=SwBPe09i ... re=related. Jednak co innego nagranie, co innego rzeczywistość.
Interesująca była końcówka meczu Mimo, że to miejscowi prowadzili, lecz drugi gol Śląska ich przygłuszył. A w sektorze gości zrobiono namiastkę euforii. W sumie hasło „coście tak cicho – zwyczajowe po bramkach, w tym przypadku wydawałoby się – nieuzasadnione (gol na 2-5 kilka minut przed końcem widowiska sportowego) w połączeniu z zapytaniem: „Pytanie mamy, czy wy jesteście żydami?” zdenerwowały miejscowych.
Mecz na murawie
Pawelec – co mu się stało? W miarę sensowny chłop ostatnio zawodzi, a sposób w jaki był rozprowadzany przez obrońców Widzewa doprowadzał sympatyków Śląska do rozpaczy. Generalnie gra w obronie była katastrofalna. Co nie zmienia faktu, że nawet z naszego sektora wszyscy widzieli, iż karny był z kapelusza. Jednak zbytnio się nie dziwimy, Jarzębak zbytnio za Tarasiewiczem nie przepada, a ten sędzia awansował wraz z nami od III ligi do ekstraklasy…. A panowie się nie lubią gdyż wrocławski trener kilka razy już sędziemu tłumaczył jakie jest jego miejsce w szeregu.
Śląsk może i zaliczył lepszy występ niż wynik, jak to ocenił wrocławski szkoleniowiec, ale to rezultat idzie w świat i on jest zaliczany do tabeli.
Po meczu
Choć w pociągu nie oczekiwano atrakcji, lecz towarzystwo postanowiło się dostać do składu. I otwarto bramę. Zamiast lecieć do składu nastąpiła konsternacja, że tak łatwo można było sobie poradzić z bramą i w tym momecnie służby urządziły gazowisko. Gaz w Łodzi… jakoś tak współgra.
Powrót
Co było powodem, dla którego pociąg zatrzymał się niedaleko stacji benzynowej – nie nam oceniać. W każdym bądź razie jeden podejrzany o maczanie palców w niecnym procederze odbył niemiłą dla siebie rozmowę. Ale sporo osób bardzo ów postój chwaliło.
Także podczas postoju technicznego na jednej ze stacji odbyło się poszukiwanie sklepu. Jeśli PKP nie umie wyeliminować takiego idiotyzmu jak postoje techniczne, to potem PKP ma problem.
W pociągu panowała atmosfera, którą można by nazwać „usuwaniem szkoleniowca”. Zastanawiano się jak zwolnić Tarasiewicza. Niektórzy układali piosenki, większość ograniczyła się do rozmów.
Przyjazd do Wrocławia – planowy. Jazda w zasadzie bez historii. Jedynym elementem intrygującym fanów było to, czy skład dojedzie na Dworzec Główny, czy trzeba się ewakuować na Mikołajowie. Część została w pociągu i ci mieli rację, że tak zrobili.
Ilu nas było?
Trochę z liczeniem było kłopotów, bo ktoś z Gdańska nie dojechał, sporo było mieszania wejściówkami. Ostatecznie nie zrobimy większego błędu, jeśli podamy, że oficjalną liczbą jest 800 osób na sektorze w tym 24 Lechia Gdańsk i 14 Wisła Kraków oraz około 30 koczujących pod stadionem.
Roman Zieliński, „G”, „PP”, Zdjęcia: Mariusz S.
* „JW.” I „PW” którzy dojeżdżali inaczej i nieco się spóźnili po zamknięciu bramy mieli kłopoty z wejściem i dostali się dopiero w 40. minucie.