Re: - Kibice w mediach (temat zbiorczy)
: 11.06.2015, 14:42
autor: coglin
To co wyżej w linku:
Kraków a la Tarantino, czyli kibole z maczetami
W Krakowie pospolite ruszenie pseudokibiców zmieniło się w dobrze zorganizowane armie
Miejsce "X" położone jest na północnych obrzeżach Krakowa.
Jedenastu członków Armii Białej Gwiazdy spotyka się nad ranem na iksie, by rozdzielić zadania. Role w bojówce są następujące:
* biegacze,
* zwiadowcy,
* łącznicy,
* małolaci od obcinki (nie mylić ze zwiadowcami),
* kierowcy,
* środkowy
* i dowódca, który akcję planuje, choć nie ma go na miejscu.
Wszyscy przesiadają się do kilku samochodów i ruszają na Kurdwanów, gdzie mieszka "Człowiek". Po drodze zatrzymują się na stacji benzynowej, by kupić kanapki na śniadanie.
Gdy kolumna aut dojedzie na miejsce, zwiadowcy zajmują posterunki pod blokiem ofiary, a małolaci od obcinki ustawią się przy drodze. - Obserwacja spod bloku przekazała, że Cz. wyjeżdża i że jest sam. Po tej informacji wszyscy założyli kominiarki - powie potem na sali sądowej prokurator prowadzący śledztwo w sprawie śmiertelnego pobicia Tomasza Cz. "Człowieka", jednego z przywódców bojówki Cracovii - Jude Gangu.
Arczi siedzi w bagażniku
Styczeń 2011 roku jest w Krakowie paskudny. Z początku mroźny, potem deszczowy i wietrzny. Ale to nie dlatego Grzegorz L. pseudonim "Jogi", dwudziestoletni kibic Wisły, niechętnie wychodzi z domu. Ma zatarg z "Szogunem" i boi się, że ten potnie go, jak się spotkają. Mariusz M. ps. "Szogun", związany z Cracovią, na ksywę zasłużył sobie z powodu zamiłowania do białej broni.
W tamtym czasie krakowska wojna domowa toczy się w najlepsze. Raz Cracovia wjeżdża na osiedla wiślackie, potem Wisła bierze odwet. Leją się w dyskotekach i pociągach. Mury pokrywają się gęstą siecią graffiti. Niektóre, jak "żydy k****" (celowo pisane małą literą) czy "j**** psów", są zrozumiałe nawet dla krakowskich dzieci. Inne - symbole poszczególnych grup kibicowskich, sektorów, sygnały ostrzegawcze wysyłane do "przerzutów", którzy zmienili barwy klubowe - to już wyższa szkoła wtajemniczenia.
"Jogi" wie, co może zdziałać ostrze noża, miecza samurajskiego czy maczety w rękach bojówkarza. Nieco wcześniej napadają go ludzie Cracovii, gdy idzie przez swoje osiedle z bratem. Bratu udaje się uciec, jemu nie. Dostaje lanie za dwóch. Dla "Jogiego" brat jest autorytetem i najlepszym przyjacielem. Razem jeżdżą na mecze, zdzierają gardło na stadionie. Pobity "Jogi" ostrzega brata:
- Powiedzieli mi jasno i wyraźnie, że jak cię złapią, to zajebią.
Brat "Jogiego" też już wie, jak boli cios nożem w udo. Pośladki i uda to miejsca, w które najczęściej celują bojówkarze. Boli piekielnie. Tym razem zaczyna się jednak bać naprawdę. Przestaje wychodzić z domu.
Kilka tygodni później brat "Jogiego" popełnia samobójstwo.
- Gdy powiedziałem bratu, że chcą go złapać, zaczął się dziwnie zachowywać. Moim zdaniem popełnił samobójstwo, bo nie wytrzymał tej presji. Za to, co się z nim stało, czułem nienawiść do Cracovii - przyzna potem "Jogi" prokuratorowi.
Nienawiść czują też inni koledzy "Jogiego", których z maczetami dopada Jude Gang - bojówka Cracovii.
Macieja K. ps. "Gęsty" tną po nogach, tuż przy kostkach. Rany są na tyle głębokie, że "Gęsty" będzie utykał i przez kolejne lata rehabilitował ścięgno Achillesa.
Krzysztofowi R. "Rybce" odcinają maczetą dłoń.
Tomasza H. "Ważkę" katują tak, że na wszelki wypadek nie wychodzi z domu bez drewnianego stylu od siekiery schowanego w rękawie kurtki. Jude Gang robi też wjazd pod jego blok i tnie kolegę "Ważki".
- Mówiono, że w tej grupie, która zrobiła wjazd na nasze osiedle, był Tomasz Cz. - powie później w prokuraturze "Ważka".
"Rybka", "Gęsty", "Jogi" i "Ważka" w styczniu 2011 roku przyjadą na "iksa", gdzie przed wyjazdem na Kurdwanów zostaną im przydzielone role.
"Gęsty" zostanie kierowcą i łącznikiem. Jego zadaniem będzie zepchnięcie samochodu "Człowieka" z drogi w taki sposób, by nie mógł nim już odjechać.
"Rybka" (z przyszytą dłonią) będzie kierowcą czekającym w odwodzie, gdyby "Gęstemu" się nie powiodło.
"Ważka" zostanie "na obczajce" w innym samochodzie, naprzeciwko klatki schodowej Tomasza Cz.
Gdyby "Gęstemu" nie udało się staranowanie auta "Człowieka", "Ważka" i koledzy w fordzie mondeo mają zablokować mu ucieczkę.
"Jogi" będzie siedział w dżipie kierowanym przez "Gęstego". Jako "środkowy" (siedzi jako pasażer z tyłu, pośrodku) wypuści z bagażnika "Arcziego", który schowa się tam skulony, trzymając widły i czekając na sygnał.
Oprócz dżipa auto "Człowieka" w różnych częściach osiedla śledzą jeszcze cztery samochody. Volkswagen combi, audi A4, volkswagen sharan i ford mondeo. Czekają w odwodzie, by zablokować uciekający samochód "Człowieka". Audi A4 kieruje "Rybka". W fordzie siedzi "Ważka", jest na obserwacji na trasie przejazdu "Człowieka" i ma ewentualnie go gonić, gdyby uciekał. Z jednego z aut przy Biedronce wysiadają małolaci do obczajki. Mają patrzeć, czy nie przyjeżdża policja. Zwiadowcy natomiast sprawdzają, czy koledzy "Człowieka" nie przyjeżdżają z odwetem. Przy schodach do klatki stoi łącznik z krótkofalówką.
Kto wydał wyrok na "Człowieka"? W czyim interesie była ta publiczna egzekucja?
Był to najprawdopodobniej dowódca akcji, ale jego prokurator nigdy nie znajdzie.
64 ciosy
17 stycznia 2011 roku Tomasz Cz. rano jak co dzień jedzie na trening boksu. Sztuki walki to jego życie, ale zarabia na nie, handlując płytami z muzyką kościelną. Z partnerką Katarzyną P. rozkręca też drugi interes - wynajem apartamentów w mieście.
Wiślacy się go boją. Mówią, że potrafi zepchnąć samochodem członka wrogiej frakcji jadącego drogą. Nad Kryspinowem (jezioro na obrzeżach Krakowa) ma swoją ulubioną knajpę, gdzie nikt bez jego pozwolenia nie może się dosiąść.
- Był postrzegany jako osoba numer dwa w hierarchii dowodzącej bojówką KS Cracovia, po Robercie M. ps. "Metal" - powie w sądzie prokurator Marcin Lichosik.
Z sąsiadami żyje dobrze. - Jak zrobiłem imprezę, to na drugi dzień przez balkon prosił, żebym następnym razem dał mu znać, jak coś będzie się szykowało. Wtedy pozamyka okna, żeby dziecko się nie budziło od hałasu - wspomina Michał, student z Krakowa, który wynajmował obok niego mieszkanie.
Sześcioletniego syna "Człowiek" często zabiera na mecze, uczy kibicowania. Kupuje mu nawet maleńką koszulkę w czerwone pasy - barwy Cracovii.
Przed treningiem zwykle odwozi dziecko do przedszkola, ale tym razem mały jest chory. Gdyby sześciolatek był z nim w aucie, zwiadowcy na pewno przekazaliby tę informację biegaczom. Ci musieliby podjąć decyzję, czy kontynuować akcję.
Co by zrobili? Część z nich, zniecierpliwiona czekaniem na wyjazd "Człowieka", chciała odjeżdżać. Ale Marcin W. ps. "Zibi", skazany na jedną z surowszych kar (jego rola miała być dominująca, m.in. w zadawaniu ciosów), kazał im czekać.
W drzwiach ciężarna konkubina podaje mu jeszcze worek ze śmieciami do wyrzucenia, który Cz. chowa do auta.
Przejeżdża kilkanaście metrów, gdy w jego audi uderza terenowy dżip kierowany przez "Gęstego". Terenówka jest tak rozpędzona, że spycha auto "Człowieka" z drogi na osiedlową cukiernię. Traf chce, że budkę z pączkami prowadzi Jolanta W., matka "Zibiego".
Z dżipa wyskakują mężczyźni w kominiarkach.
"Jogi" otwiera bagażnik, z którego wyskakuje Artur D. "Arczi" i biegnie na "Człowieka" z widłami. Marcin N. "Maniek" biegnie z nożem.
"Człowiek" sprintem rzuca się między bloki. Ale spomiędzy budynków wybiegają kolejne zamaskowane postacie z maczetami, nożami, stylami od siekiery. Są wśród nich Michał G. ps. "****", Marcin W. ps. "Zibi", Karol S. "Karolek".
Ratunku przed śmiercią "Człowiek" szuka w śmieciarce. Ta stoi na osiedlu, pracownicy MPO akurat opróżniają śmietniki. Wskakuje do kabiny. Bandyci tłoczą się za nim.
- Cała grupa otoczyła śmieciarkę z obu stron, każdy z atakujących próbował zadać cios, przeciskając się przez pozostałych atakujących - zrelacjonuje potem prokurator. Wszyscy mają kominiarki, czują się anonimowi, do tego niektórzy są po narkotykach.
Cz. dostaje 64 ciosy. W plecy, ramiona, klatkę piersiową.
Leży na brzuchu, nogi najbardziej wystają ze śmieciarki, więc rąbią je bez opamiętania. Ktoś daje hasło do odwrotu (nie udało się ustalić, kto).
Tomasz Cz. wypada z kabiny na asfalt.
Pracownicy MPO przykrywają go kocem. Cz. próbuje się czołgać. Zdąży jeszcze zadzwonić do narzeczonej. Katarzyna P. jest w ósmym miesiącu ciąży, gdy Cz. mówi jej do słuchawki: "Umieram, porąbali mnie całego. Leżę na alejkach koło placu zabaw". Zadzwoni do niego jeszcze Robert M. ps. "Metal", ale Cz. nie podniesie już telefonu.
Konrad S., mieszkaniec Kurdwanowa, widzi pościg, wychodząc z klatki schodowej. - Widziałem grupę mężczyzn ubranych na czarno. Mieli na głowach kominiarki i jakieś przedmioty w rękach. I kamizelki kuloodporne albo tzw. taktyczne. Wyglądało to jak z amerykańskiego filmu. Ci goniący mężczyźni krzyczeli: "ku***, zabijemy cię".
Sąsiad Andrzej P.: - Ci mężczyźni mieli takie narzędzia jak ma Neptun - trójzębne widły.
Maria Ch., mieszkanka ul. Wysłouchów na Kurdwanowie: - Uciekający mężczyzna krzyczał: "Ratunku, zabiją mnie".
Konrad S.: - Przy śmietniku jeden wrzeszczał: "Nie rozdzielać się!" (nie ustalono, kto).
Katarzyna P. powie potem w sądzie: - Po śmierci Tomka widziałam na blokach wymalowane różne części ciała podpisane jego nazwiskiem.
Trend na sprzęt
Pseudokibice przejęli miasto! Kraków miastem maczet! - od nagłówków gazet i serwisów informacyjnych krakowskich komendantów boli głowa. Po śmierci Cz. politycy żądają wyjaśnień, media prognozują: teraz mają maczety, kiedy sięgną po broń palną? Policjantom skronie pulsują, gdy myślą, co odpowiedzieć.
Bo przecież nie mogą powiedzieć prawdy. Prawda jest niepolityczna, poza tym musieliby wspomnieć starszych kolegów sprzed kilkunastu lat, w większości już na emeryturze. I przyznać, że ci zawalili sprawę.
Podczas gdy struktury bojówek się krystalizowały, policja patrzyła gdzie indziej - na to, co dzieje się na stadionach.
Lata 90. to był czas chuliganów, którzy podczas meczów robili regularne zadymy, wdzierali się na sąsiednie trybuny, wyrywali krzesełka i pleksy, bili się z policją. O przepisach bezpieczeństwa imprez masowych nikt wówczas nie myślał.
Stadionowy klimat wdzierał się na osiedla, ale z mniejszym rozgłosem, mniej spektakularnie.
- A na osiedlach nie chodziło wcale o kluby, o świętą wojnę Wisły z Cracovią - zamyśla się Paweł, wychudzony 38-latek z tatuażami na przedramionach. Od brania używek ma popsute zęby. Dziś jest ojcem i przedsiębiorcą. W latach 90. był nastolatkiem dorastającym w Nowej Hucie - dzielnicy, z której wywodzi się większość obecnych bossów bojówek. Był blisko nich, część znał z sąsiedztwa, m.in. "Metala".
- Wtedy ktoś, kto miał oryginalne adidasy, o aucie nie wspominając, był królem na dzielnicy. Ja nie miałem nic, podobnie jak większość moich kolegów z ławki. Nie mogłem też liczyć na rodziców. Rozeszli się, jak byłem mały, ojciec pił wódę wiadrami. Mama była bufetową. Pierwszych kumpli, którzy nauczyli mnie, jak łatwo zarobić hajs, poznałem na flipperach - opowiada.
Hajs zdobył, włamując się do auta i kradnąc radio. Nie złapali go. - Kupiłem pierwsze sportowe buty. A potem następne. Szybko wyhaczyli mnie poważniejsi goście. Podeszli do mnie pod blokiem i powiedzieli: "Widzimy, że jesteś zaradny, nie rozpierdalasz kasy" - dodaje.
Im więcej miał pieniędzy, tym mniej interesowała go szkoła. Nie skończył średniej. Nie chciał. Miał już swój samochód, choć nie miał prawa jazdy. Nie miał też już domu. Gdy wyrzuciła go matka, przygarnęła babcia. Potem stać go było na wynajem kawalerki. Szybko zyskał wroga.
Tego samego co wszyscy z dzielnicy - policję.
- Psiarni nienawidzę do tej pory. Uważam ich za tchórzy. Pamiętam, jak na Hucie doszło do jakiegoś ciężkiego pobicia. Wszyscy wiedzieli, kto to zrobił. Policja też wiedziała, rozmawiali przy mnie. Jeden powiedział: "Ja po tego sk...a nie jadę". Zamiast niego zawinęli mnie. Nie chciałem z nim rozmawiać. To gliniarz złapał mnie za głowę i wlał mi wrzątek do nosa - wspomina.
"Psiarnia" jest wrogiem każdego młodego chuligana. Starsi wiedzą, że z gliniarzami trzeba czasem rozmawiać, ale nigdy na protokół. Środowisko się nie dowie, policja nie będzie gnębić. Młodych uczą nienawiści. Lepiej iść siedzieć, niż się wysypać.
Dzięki temu bojówka jest hermetyczna, niedostępna dla kretów z policji.
- Dla młodego chuligana areszt czy więzienie nie jest straszakiem. To wręcz nobilitacja. Dostają instrukcje, jak zachowywać się w celi. Byłem nastolatkiem, a o zasadach więziennych wiedziałem wszystko. Nauczyłem się pisać na rękach, dowiedziałem, kiedy można jeść, kiedy się onanizować - wspomina Paweł.
Wyłączamy telefony
Władza w Cracovii podzielona jest między kilka osób. Jak napisze w akcie oskarżenia prokurator Lichosik, numerem jeden był Robert M., ps. "Metal", a drugi po nim był "Człowiek". Jest jeszcze "Master", kiedyś był "Tyca".
Ci, którzy trafili do kryminału jeszcze w latach 90., działali w więziennym gangu Las Casas, który handlował sterydami za kratami. Po kilku latach gang się rozsypał.
- Zaczęli dzielić ludzi na gorszych i lepszych. Skończyło się tak, że ci, co chcieli być lepsi, musieli wystawić się na bufet. To znaczy, że w więzieniu nie możesz od nikogo przyjąć pomocy. Jedziesz na solówie - tłumaczy Paweł.
W gangu obowiązywały reguły, które wśród "gitowców" (grypsujących więźniów) są przestrzegane do dziś. Według jednej z zasad gitowcom nie wolno przebywać w więzieniu w małopolskiej Ruszczy. To zakład półotwarty, także dla kobiet.
- Jeśli tam trafisz, a chcesz zachować honor, nie pozostaje ci nic innego jak pochlastać się na kabarynę - wyjaśnia Paweł.
"Kabaryna" to określenie policyjnego radiowozu do konwojowania osadzonych. Więźniowie, którzy chcą, by zabrano ich z Ruszczy, podcinają sobie żyły. Wtedy kabaryna zawozi ich do szpitala więziennego na Montelupich, gdzie jest też areszt śledczy. Do Ruszczy już nie wracają.
Ci, którzy są na górze hierarchii w chuligańskich bojówkach, nie znają już innego życia. Są przyzwyczajeni do pieniędzy, życia na poziomie. Ale też nie jeżdżą na ustawki, nie narażają się na ponowny pobyt za kratami. - Nie mają wykształcenia, nie pójdą do pracy za 2 tysiące złotych. Ale też z wiekiem pozakładali rodziny, nie chcą wrócić za kraty. Często więc prowadzą legalne siłownie, budy z jednorękimi bandytami. Oficjalnie są więc biznesmenami. Bojówką kierują w białych rękawiczkach. Mają młodych przydupasów, którzy dla nich rozprowadzają narkotyki. Jak ktoś wchodzi na teren ich dzielnicy, wysyłają swoich żołnierzy z maczetami, żeby wyprostowali sprawę. I dlatego w aresztach i więzieniach zamiast nich siedzą pionki - dodaje Paweł.
Policja może się gorzko uśmiechnąć, gdy słyszy, że bojówkarze jej nienawidzą. To dla nich pewna korzyść. Chuligani tną się między sobą, ale nie zaatakują osoby z zewnątrz.
- Oglądałem pojedynek boksu w knajpie. Doszło do awantury, nawet nie pamiętam o co. Po kilkunastu minutach pod knajpę przyjechał terenowy samochód. Wysiadło kilku karków. Weszli do środka, zobaczyli mnie i kolegę. Jeden z nich wydał polecenie, żebyśmy się odsunęli. Gdy to zrobiliśmy, wyjął sprzęt i zamachnął się na tego, który uczestniczył w awanturze. Nam pozwolono spokojnie wyjść. Ludzie z zewnątrz nie mają się czego bać - zapewnia Paweł.
Drugim wrogiem są media. - To naturalne. Ulica jest świetnie zorganizowana, podzielona na strefy wpływów, ściągania haraczy z restauratorów, handlowania prochami, dostarczania sterydów do siłowni. Komu rozsądnemu by zależało, by takie informacje przedostały się do mediów?
Jednym z mózgów pseudokibicowskiej Cracovii jest Robert M. ps. "Metal". Półtora roku po śmierci "Człowieka" organizuje zbiórkę.
Miejscem "X" jest szkoła podstawowa w Nowej Hucie, do której chodzą jego dzieci. Nieopodal szkoły jest bar Marco Polo. W środku ciemnawo, dominują automaty i wysokie blaty - piwo można wypić jedynie na stojąco.
O Marco Polo mówi się, że to matka Jude Gangu - bojówki Cracovii, która (obok Sharksów) słynie w środowisku kibolskim w całej Polsce z tego, że jej członkowie używają sprzętu. O swoich kibicach mówią "Naród Wybrany", a o stadionie "Ziemia Święta". "Jude Gangiem" nazwali się na przekór Sharksom, którzy wyśmiewali się z ich żydowskiej historii (przed wojną klub był otwarty na Żydów). Jude Gang sam określa się też "hyclami" - tymi, którzy polują na psy (psy to Wisła, klub z milicyjną tradycją). Przewodzi im "Metal". 40-letni, barczysty, ciemny. Wiek podkreślają podkrążone oczy. W czarnym golfie i skórzanej kurtce budzi respekt. Mówi mało i konkretnie. Głos ma niski, wyrazisty.
W okresie, gdy ginie "Człowiek", udziela się w szkole, poprosiła go o to dyrekcja, bo ma autorytet na dzielnicy. Ma pilnować, by na boisku i wokół placówki był porządek, a młodzi chuligani nie rzucali tam petów i puszek po piwie. Jesienią 2012 roku, zanim ruszy proces w sprawie "Człowieka", młody pasiak wyśle do niego, a także innych, esemesa spod pobliskiego kina: "Są wiślacy, bierzcie sprzęt". W pobliskim kinie pasiak znieważył bowiem wiślaka. Pasiak wie, że tej zniewagi wiślacy mu nie odpuszczą. "Metal" poinstruuje młodszych kolegów, którzy przybyli na odsiecz, jak mają się zachowywać, idąc pod kino.
- Rozdzielamy się na małe pięcioosobowe grupki, wyłączamy telefony, przeskakujemy przez ogrodzenie - zaordynuje.
Posłuchają. Pod kino ruszą bracia "Buba" i "Młody Buba", "Miły", "Kokosza", "Aliant", "Krzywy", "Kulka", "Kopuła", "Talerz", "Orson", "Oliwka".
Przed nimi pójdzie zwiadowca, którego policja nie zidentyfikuje. Zwiadowca policzy przybyłych na odsiecz wiślaków. Będzie ich mniej, więc jeden z wiślaków zginie od ciosu maczetą w plecy. Policja pozbiera dowody zbrodni, pochowane w krzakach koło szkoły maczety, noże i kije bejsbolowe. Znajdzie sprawców. Po dwóch latach zostaną osądzeni.
Ofiarą jest Dariusz Dz., 33-letni wiślak. Bił się nie raz, ale od kiedy ma córkę (dziewczynka wprowadziła kiedyś piłkarzy na boisko na mecz derbowy), na ustawki nie chodzi. Pod kino nie ma daleko, więc gdy przychodzi SMS o awanturze pod Multikinem, biegnie tam z bratem. Być może nie chce zostawić kolegów, a może przypomniały mu się stare czasy, to niezastąpione uderzenie adrenaliny przed starciem?
Dz. doczeka się swojego muralu: na murze wzdłuż osiedla koledzy namalują w szarych barwach jego podobiznę, co rok zapalą znicz, zaśpiewają hymn.
Zginie przez to, że w kinie, przed seansem "Jesteś Bogiem", pasiak zerwał smyczkę z barwami wrogich drużyn wiślakowi spotkanemu w kinie.
Konfident na sali
Sala A 111 krakowskiego sądu okręgowego otwierana jest najczęściej wtedy, gdy na proces przyprowadza się sprawców najcięższych zbrodni. Wprowadza się ich do klatek z pleksy i tam rozkuwa. Oskarżonych cały czas pilnują policjanci. Latem 2012, półtora roku po śmierci "Człowieka", przed A 111 ciągnie się kolejka przez pół korytarza. Zaraz policjanci z konwojówki przywiozą tu z aresztów ośmiu oskarżonych w sprawie śmiertelnego pobicia Tomasza Cz. Trzech innych - "Jogiego", "Gęstego" i "Ważkę", odpowiadających z wolnej stopy - będą musieli wprowadzić osobnym wejściem.
Nie mogą dopuścić do spotkania ich z tłumem czekającym na korytarzu. A tam sporo dziewczyn. Nie każda zasługuje na to, by stać u boku bojówkarza. Kobiety muszą być lojalne. Też kibicują. Tak jak mężczyźni nienawidzą psiarni. Zasadniczo nie zmieniają partnerów, przynajmniej tych, którzy w bojówce są na jednym poziomie. Ich rola w bojówce jest jednak żadna - nie są dopuszczane do interesów.
Blondynki z długimi nogami w miniówkach, opalone dwudziestolatki z kruczoczarnymi warkoczami, upiętymi brokatowymi wsuwkami u nasady głowy, przyszły śledzić proces swoich mężczyzn i braci. Są wściekłe. Gdyby nie trzech "niewiernych", którzy poszli na współpracę z prokuratorem, narzeczeni prawdopodobnie byliby na wolności.
Więc gdy "Jogi", "Gęsty" i "Ważka" zeznają, z miejsc dla publiczności dobiegają głośne pochrząkiwania, żachnięcia, grzywki blondynek opadają to w lewo, to w prawo, gdy z pogardą dla zdrajców kiwają głowami. Kiedy "Jogi" opowiada o samobójstwie brata, siostrze jednego z siedzących za pleksą oskarżonych wyrywa się: "Konfident".
Ale gdy prokurator odczytuje akt oskarżenia, demaskując role ich braci i narzeczonych, mają puste spojrzenia.
Zeznanie "Ważki": - Miejsce "X" już funkcjonowało gdzieś półtora roku przed zdarzeniem i tam było miejsce zbiórek. Spotykaliśmy się po to, by kogoś dojechać - kibiców Cracovii, ale nigdy nic z tego nie wychodziło. Pilnowałem drogi możliwego wyjazdu tego mężczyzny, który miał być dojechany. Młodsi mieli siadać na siedzeniach po bokach samochodu, aby mogli szybciej z niego wyskoczyć.
Prokurator: - Do wzajemnego porozumiewania się miały służyć krótkofalówki, ale wbrew ustaleniom używano telefonów komórkowych. Gdy kolumna samochodów przyjechała na Kurdwanów, przy schodach do klatki schodowej, gdzie mieszkał Cz., wysiadł mężczyzna z krótkofalówką. Inni blokowali wyjazd audi.
Prokurator: - Przy Biedronce wysiedli małolaci do obcinki, czyli obserwacji.
Prokurator: - Gdy "Człowiek" konał w śmieciarce, ci, co stali dalej i trudniej było im zadać cios, krzyczeli: "Zabić go, dobić". W tym czasie łącznik podszedł do mężczyzn czekających w fordzie i przekazał: "Człowiek już leży".
Nad pustymi spojrzeniami, wściekłością lasek i konfidentami unosi się podstawowe pytanie: kto wydał rozkaz zabicia "Człowieka"?
Wiślaku, bądź gotowy
Do aresztów, w których siedzi ośmiu podejrzanych o śmiertelne pobicie "Człowieka", płyną broszury dla "wiślackiej społeczności".
"Wiślaku, bądź gotowy - bo to dopiero początek. Wierność Równość Braterstwo niech będą hasłami naszej wielkiej Wiślackiej Rewolucji. Ta przemiana musi najpierw dokonać się w was, a gdy wszyscy przystąpimy do działania, nie będzie takiej siły, która mogłaby nas zatrzymać. Będąc częścią naszej Wielkiej Wiślackiej Familji, nigdy nie zostaniesz sam ze swoimi kłopotami, zawsze będziesz mógł liczyć na swoich kolegów po szalu, w wielu kwestiach codziennego życia". - Oni muszą myśleć: jestem twardy, nie wysypałem kolegów - mówi Paweł, kiedy pokazuję mu treść ulotek.
- "Jogi", "Ważka" i "Gęsty" wysypali - oponuję.
- Proces się zakończył, a wciąż nie wiadomo, kto zlecił zabicie "Człowieka" - argumentuje Paweł.
Po procesie "Ważka" zmienił adres, nie bywa w domu. "Gęsty" przeniósł się do Katowic. Na krakowskim osiedlu z bloków patrzyły na niego napisy: "Gęsty się rozjebał, wszystko powiedział".
"Niektórzy oponenci argumentują swoje racje w ten sposób, że gdyby nie było naszych ostrych żołnierzy, to JudeGeje nie mieliby z kim walczyć, więc i ochrona nie byłaby potrzebna. Patrząc jednak na to, jaką nienawiścią obdarzają nas parchy, chyba nie można mieć wątpliwości, że w przypadku braku przeciwnika podejmującego walkę dążyliby do ostatecznego zniszczenia kibicowskiej Wisły".
"Frakcja Wojująca", najbardziej radykalny odłam chuliganów Armii Białej Gwiazdy, produkuje też broszury z wizerunkami włoskich mafiosów.
Czasem z filmów czy książek o sycylijskiej mafii można wyciągnąć sporo ciekawych wniosków odnośnie funkcjonowania różnego rodzaju społeczności. Fratellanza, Cosa Nostra, Omerta, wierność, lojalność to tylko niektóre zasady wprowadzone przez włoskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych, którzy na obcej ziemi tworzyli organizacje mające jako główny cel wzajemną integrację i pomoc własnym ziomkom.
Koledzy za kratami dostają też newsy z dzielnicy: Logo Dzielnicy z Azorów ma w swoim składzie najgorsze możliwe ścierwo, czyli przerzutów (Vendetta cię nie ominie, sprzedajny skurwysynie).
Na nagraniu z monitoringu na Kurdwanowie widać, jak "biegacze", których zadaniem było obezwładnienie "Człowieka", dobiegają do ofiary, dźgają ją i nie wiedzą, co dalej robić.
Kto ich tam wysłał?
Trójka tych, którzy współpracowali, dostała wyroki w zawieszeniu.
Ośmiu mężczyzn skazano na kary od ośmiu do dziesięciu lat - prokuratorowi nie powiedzieli ani słowa. O zleceniodawcy zabójstwa Człowieka śledczy milczą do dziś. Wiadomo, że go szukali. Nie znaleźli. Czy przyszedł na miejsce "X"? W śledztwie przewija się postać Pawła M. "Miśka", od lat uznawanego za szefa kibiców Wisły. Śledczy nie znajdują jednak dowodów na jego związek z tą sprawą.
Odpowiedzialny za śmierć Dariusza Dz. "Metal" będzie jednym z tych, którzy zdecydują się zeznawać. Choć opowie policji tylko o swoim udziale w zdarzeniach, które miały miejsce pod kinem, środowisko mu tej zdrady nie daruje.
W lutym 2015 roku "Metal" dostanie od byłych już kolegów termin. Musi opuścić miasto.
Wypada z hierarchii.
W Krakowie wojna trwa. Zapewne gdzieś na obrzeżach miasta, wśród garaży albo na tyłach szkoły, istnieją kolejne miejsca X. Będą powstawać, dopóki nie uda się wprowadzić do bojówek policjantów pod przykryciem (to bardzo trudne, bo bojówka się zabezpiecza przed kretami w ten sposób, że "nowe" osoby muszą pociąć kilku wrogów, żeby się uwiarygodnić), albo namówić któregoś z pseudokibiców do przyjęcia statusu świadka koronnego.
Kibole w teatrze
Teatr Polski w Bydgoszczy zaczyna projekt "Interwencje". Twórcy spektakli poszukają doświadczeń w pozateatralnym "realu". Spektakle zostaną zrealizowane w tandemach reżyser - reporter.
Pierwszym owocem projektu będzie premiera spektaklu "Romville" 6 czerwca.
Spektakl powstał na podstawie kilku reportaży Justyny Pobiedzińskiej i reżyserki Elżbiety Depty. Jedną z głównych opowieści jest historia z Legnicy: w listopadzie zeszłego roku podczas meczu derby Zagłębie Lubin - Miedź Legnica ktoś rozdał kibicom tysiąc szalików z napisem "Łowcy Cyganów". Następnego dnia grupa uczniów przyszła na lekcje w tych właśnie szalikach. Pewien chłopiec stanął za romską koleżanką i powiedział z uśmiechem: "A teraz będziemy łowić Cyganów".
Prokuratorskie śledztwo trwa. Nie wiadomo wciąż, kto kolportował szaliki - nie pomogły monitoring, ochrona boiska ani kordon policji. Szaliki stały przed meczem w kartonach - kto chciał, brał.
Spektakl próbuje odpowiedzieć między innymi na pytanie, gdzie zaczyna się nienawiść. Historie w "Romville" zdarzają się wszędzie: w szkole, na stadionie, komendzie policji. Jaki mają wpływ na życie Romów? Co wiemy o sobie i czy wśród Romów są stereotypy na temat Polaków? Do tego opowieść o tradycji, o miłości - a wszystko zamknięte w jednej jeszcze szkatułce. Bo pytamy aktorów, którzy wcielają się w postaci z "Romville", o ich prywatne, ludzkie odczucia wobec rzeczywistości z reportaży. Taki dokument w dokumencie, w dokumentalnym teatrze postdramatycznym.
Premierze towarzyszyć będzie debata, której autorką i moderatorką będzie dr Joanna Talewicz-Kwiatkowska, oraz wakacyjne warsztaty interkulturowe dla gimnazjalnej młodzieży romskiej i nieromskiej zakończone otwartym pokazem.