michal_k0 pisze:Polska-Mołdawia (Vila Real de Santo Antonio)
Polska-Norwegia (Faro)
Do Portugalii mamy ruszyć w piątek 4 lutego z Gdańska w 8 osób mieszanego składu z całej Polski. 3 osoby od nas oraz dwóch Poznańskich Warciarzy, koleżanka z Dyskobolii, Stomil, Hutnik Krk.
Niestety skład pomniejsza się do 4 osób (A.C.A.B.). Lecimy do Bremy.
Tam mamy kilka godzin czasu do następnego lotu więc zwiedzamy miasto. Piwo drogie więc szukamy czegoś taniego co okazało się błędem. Do końca wycieczki już czujniej sprawdzam ile procent ma dane piwko. Niestety jakieś araby kradną nam aparat podczas naszej nieuwagi. Ogólnie dużo tego syfu w Niemczech. Wszędzie rozklejamy wlepy co przykuwa ich uwagę. Jako, że jest nas tylko czwórka w tym dziewczyna zawijamy się na lotnisko. Tam kilka godzin mija w towarzystwie „Jelcyna”:). W sobotę meldujemy się w Faro w Portugalii. Tam wita nas słoneczna pogoda. Ucieszeni szukamy jakiegoś sklepu. Jedzenie nam nie smakuje, piwa same małe i jakieś inne, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Wieczorem odbieramy jeszcze 3 osoby z Dyskobolii. Ruszamy do centrum.
Ogarniamy hostel w którym trzeba było spać w kurtkach zimowych. W mieście spokój jedynie w kawiarni spotykamy tłum ludzi. Okazuje się, że to prawie sami małolaci, odróżniamy się od nich ale to jedyne miejsce w którym można było coś wypić. Piwka tym razem 0,2l. Masakra.
Zawijamy się na hostel, żeby rano ruszyć do Vila Real. W pociągu spotykamy chłopaków z Czuwaju i Rakowa. Szybka integracja i przedział należy do nas:) Na miejscu małe zakupy z promocjami i szukamy stadionu. Tam chcieliśmy zostawić bagaże. Z Panią A. i kolega z Rakowa idziemy na stadion tam nie możemy dogadać się z Portugalska ochroną bo nie znali angielskiego. Na nasze szczęście zrozumieli chyba, że jesteśmy kimś od piłkarzy i wpuszczają nas na zaplecze itd. Możemy chodzić sobie po szatniach piłkarskich. Spotykamy polskich piłkarzy i dajemy im do zrozumienia, że mają dać z siebie wszystko wieczorem. Sprawdzamy stan murawy i wszystkiego dookoła. Jako, że zostało kilka godzin do meczu idziemy nad ocean. Po drodze zostawiamy bagaże u polskich kierowców tirów. Dostają flaszkę i są bardzo ucieszeni:D Nad oceanem pięknie, słońce, kąpiel, woda bardzo słona.

Wracamy w okolice stadionu gdzie jest już trochę polaków. Siedzimy po barach i na jakieś 2 godziny przed meczem meldujemy się na stadionie. Biletów nie ma więc i ochrona sprawdza słabo. Niektórzy wnoszą piwka itd. Rozwieszamy się z flagami i w dobrych nastrojach czekamy na mecz.

Na moje oko nas jakaś setka. Dobrą ekipą pokazał się Widzew. Na meczu zabawa, długo ciągnięte HSV. Nie obyło się bez pozdrowień dla PZPN i milicji. Po meczu wracamy do Faro gdzie wbijamy się na hostel z chłopakami poznanymi w pociągu. W małym pokoiku śpimy w kilkanaście osób:D Musimy się zrywać nad ranem bo portier ostrzega nas przed „big bossem”, a właściciele pokoju o 4 rano pojechali na samolot. Trochę ruszamy się po mieście i decydujemy się na podróż do Albufeiry, co okazało się zajebistą decyzją. Za 8euro dostajemy apartament z widokiem na ocean. Hotel z basenem, palmy itd. Zwiedzamy wioskę typowo turystyczną. Plaża ładna, klify itd. w prawie każdym zdaniu pojawiają się słowa „jest pięknie”:) W hotelu dobra paczka polaków. Tego co tam się działo nie da się opisać, ale obsługa ma nas już dosyć:D
Następnego dnia od rana oczekujemy pamiętnej czwórki z Gdańska. Popołudniu słychać ich już z daleka, na co my również intonujemy piosenkę na ich cześć. Po ich przyjeździe można powiedzieć, że poprzedniego dnia był spokój. Nocne skoki na waleta z barierek do basenu to coś pięknego. Dyskoteki, przygody z policją, ogólnie jeden wielki melanż:)

W środę wracamy do Faro ogarniamy hostel żeby zostawić bagaże. Pokazujemy chłopakom miasto i wieczorem lecimy na stadion. Jedziemy autobusem, kierowca chce nas wyrzucić ale jakoś go ugadujemy i wyrzuca nas w okolicach stadionu. Jak się okazało było to kilka kilometrów. Stadion na totalnym zadupiu, zero sklepów, barów, nic.

Pod stadionem mała grupka polaków. Przed meczem większość nie przyjmuje myśli, że wyda 15 euro na bilet. Ale przez nie ogarniętych pikników nie udaję się nic ugrać i trzeba kupić bilet. Jako, że jesteśmy spłukani trzech z nas nie ma jak wejść na mecz. Kumpel z Hutnika przez barierkę podaje swoją flagę chłopakowi z Widzewa. Na co ochrona rusza na niego i wyrywa mu flagę. Leci malutki płotek i ruszamy na nich. Akcja krótka, pałowanie ale flaga jest w naszych rękach. Ogólnie ochrona bardzo spięta. Chłopaki próbują podawać nam bilety ale ochrona to zauważa i nici z wejścia na stadion. Nasza dwójka i chłopak z Hutnika obchodzi stadion do okola ale nic nie udaję się wskórać. Z daleka widzimy jak chłopacy bawią się na trybunie bez koszulek, łza się w oku kręci. Doping głośny. Czekamy do przerwy i zauważam, że przy bramce nie ma już ochrony ale wszystko pozamykane. Idę na pewniaka obok bileterek naciskam na klamkę, a tu otwarte:) Szybko się wbijamy. Słyszymy jakieś krzyki za nami ale się nie odwracamy. Wbiegamy na trybunę między chłopaków i szczęśliwi jesteśmy na meczu.
Jako, że jesteśmy tylko na jednej połowie meczu to dajemy z siebie dwa razy więcej. Zabawa świetna. Chłopaki z Widzewa ogarniają doping. Dzielimy się na pół i przez długi czas przekrzykujemy się na dwie strony. Po meczu gdy piłkarze podchodzą do nas, trochę osób wysypuje się na murawę po koszulki. Ochrona nie wie co się dzieje, ale szybka akcja i wszyscy w komplecie z powrotem na trybunie. Jako, że flagi wiszą na drugiej trybunie idziemy po nie. Wpuszczają nas dwójkami co bardzo przedłuża wyjście ze stadionu. Ochrona spięta ale zdejmujemy po kilka flag i lecimy pod stadion. Tam mało osób. Większość samochodami już odjechała my dobrze się bawiąc czekamy na taryfy.

Zmęczeni dojeżdżamy do centrum. Robimy zakupy i ruszamy do hostelu. Niestety krążymy po mieście i nie możemy przez dwie godziny go znaleźć:D Gdy to się udaje większość jest już wykończona i z piwkiem leży w łóżkach. Kilka niezmordowanych osób jeszcze rusza na miasto. Mamy mały pokoik na 8 osób co nie wszystkim odpowiada. Szybkie przejście balkonem i po krótkim czasie przejmujemy drugi wolny pokój.
Rano zakupy w sklepie, do dzisiaj nie wiem jak zgrzewka piwa może sama wyjść ze sklepu:)
Wymeldowujemy się i spadamy nad port. Spotykamy tam chłopaków z Bielska i Miedzi. Na ławce popijamy różne alkohole. Nowo poznana ekipa zawija się na lotnisko, a my zostajemy. Barman z kawiarni obok przynosi nam kubki z lodem i zostaje naszym wybawcą:) Jedni z nas idą do maka zjeść. My z K. na molo. Po kilku minutach wracamy i widzimy dużo policji pod donaldem. Co się okazuje nasza ekipa musi pod przymusem opuścić miasto i jechać na lotnisko. Jako, że jest sporo czasu do samolotu na lotnisku dalej impreza. Obsługa ma nas dosyć:d Lecimy do Dusseldorfu. Tam na starcie policja nam oznajmia, że jak zobaczy nas z alkoholem nie wrócimy do Polski. Koczujemy na lotnisku 16 godzin co jak się okazuje było mało w porównaniu do chłopaków z Jasła, którzy czekają na samolot ponad 30 godzin. W barach na lotnisku obsługa ma zakaz sprzedaży nam piwa więc niektórzy śpią, a inni bawią się na sucho. Trening partii nożnych na jakimś ruskim emo, rycie bani nowo poznanym ludziom to mały procent tego co tam się działo:) W piątek o 16 wszyscy zmarznięci i zmęczeni ruszamy do Wrocławia, tam korki i nie zdążamy na pociąg do Gdańska. Więc wszyscy jedziemy do Poznania. W pociągu wracają nam siły. Dobra zabawa, kanar ustępuje i za 5zł dojeżdżamy na miejsce:D Tam dołączają do nas jeszcze znajomi i zabawa trwa dalej. Po drugiej w nocy każdy wsiada w inny pociąg i powoli kończy się przygoda życia. Na stancji melduję się w sobotę o 9 rano.
Podsumowując takie wyjazdy to coś pięknego. Portugalczycy mają dosyć polaków. Mimo męczącego powrotu naprawdę polecam wszystkim wyjazdy na kadrę.
Wyjazd życia. Pozdro dla całej patologii. Do zobaczenia na Litwie.
„Olejmy wszystko, liczy się tylko to co teraz (…) Mogę powiedzieć tylko jedno - było warto”