Dostali na niego zlecenie. Mieli pobić. Zabili
Tu nie chodzi o kluby, chodzi o wpływy i pieniądze. "Człowiek" sam szkolił żołnierzy, taranował samochody, bawił się w narkobiznes. Zna pani to przysłowie: kto mieczem wojuje, od miecza ginie - mówi były kibol.
Mroźne styczniowe przedpołudnie. Uliczki dochodzące do cmentarza na Woli Duchackiej zapełnia tłum mężczyzn - dominują rośli, łysi mężczyźni, ubrani na czarno. W rękach ściskają lub mają przewieszone biało-czerwone szaliki. Idą ramię w ramię, w milczeniu. Niektórzy przyszli ze swoimi kobietami, na tle żałobnych strojów migają ich platynowe włosy. W tłumie można wyłowić twarze znane z dawnych kronik policyjnych, jak "Pyza" - oskarżonego o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą w latach 90., podpalenia, handel bronią i ściąganie haraczy.
Jeżeli ktoś chce coś powiedzieć, wcześniej rozgląda, czy obok nie idzie ktoś obcy. To może być policjant w cywilu. Nikt tu nie ma wątpliwości, że pogrzeb "Człowieka", zamordowanego lidera tzw. Jude Gangu, bojówki fanatycznych kibiców Cracovii, jest dokładnie obstawiony.
Koło cmentarnego muru ustawiła się grupa fotoreporterów. Gdy wyciągają obiektywy, paru dobrze zbudowanych mężczyzn odrywa się ku nim z tłumu. - Wyp... pismaki - krótko rzucają. Fotoreporterzy odchodzą, nikt nie próbuje się stawiać. Ci, którzy nie zdążyli zrobić zdjęć, mogą to zrobić już tylko z oddali.
- Nienawidzimy mediów. Obsmarowują Cracovię, naszym zdaniem są nieobiektywni. Dlatego z zasady nie rozmawiamy z dziennikarzami. Spotkam się z panią, bo Tomka lubiłem i szanowałem. Ale nie może pani ujawnić, że rozmawialiśmy. Nie chcę dostać kosy w plecy, rozumie pani? - tłumaczy mi znajomy "Człowieka".
Polowanie na Człowieka
Tomasz C. "Człowiek" - zginął 17 stycznia tego roku od kilkudziesięciu ciosów zadanych nożami i maczetami. Mordercy dopadli go niedaleko domu, gdzie mieszkał z żoną i czteroletnim synem. Na trasie srebrnego audi combi, którym jeździł. Około godz. 10 rano jechał ul. Wysłouchów swoim srebrnym audi kombi. Drogę zagrodziły mu trzy samochody, w tym jeep. Tomasz C. musiał od razu wiedzieć, że przyjechali po niego. Rzucił się do ucieczki, ale na osiedlowych uliczkach Kurdwanowa nie miał szans. Stracił panowanie nad samochodem i uderzył w budkę cukierni.
- Próbował odpalić auto, ale silnik odmówił posłuszeństwa. Pobiegł między bloki. W tym momencie zza rogu wypadła grupa zamaskowanych ludzi z kijami bejsbolowymi - opowiada świadek.
C. udało się przebiec zaledwie kilkaset metrów. Próbował schronić się w kabinie śmieciarki.
- Ci bandyci byli tak rozjuszeni, że z rozpędu zaczęli walić także tych Bogu ducha winnych śmieciarzy - mówił pan Stanisław, mieszkaniec osiedla, który też widział całe zajście. Tomasza C. już nie wydostał się z ciężarówki. W notatce z oględzin z miejsca zbrodni znajdzie się informacja, że jeden z bandytów dźgał go widłami. Mężczyzna skonał w karetce. Miał kilkadziesiąt ran ciętych na całym ciele.
Stateczny chuligan
Czym 33-letni mężczyzna zasłużył sobie na egzekucję? W mieście błyskawicznie zaczęły mnożyć się hipotezy na ten temat. Policja mówiła o nieuregulowanych rozliczeniach narkotykowych. Inne źródła wskazywały na rozgrywki pseudokibiców sprzed kilku miesięcy, gdy jedna z dziewczyn wiślaków miała zostać pocięta nożem w Wielkiej Brytanii. Od obozu fanów Cracovii płynęły głosy oburzenia.
„Może i kiedyś »Człowiek” był »dwójką” Judegangu, jak piszą w gazetach, ale już kilka lat temu, gdy urodził mu się syn, ustatkował się” - huczało na forach internetowych.
- Powiedzieć pani, jak bardzo się ustatkował? Tak mu zależało na statecznym życiu, że rok temu kijem bejsbolowym doszczętnie zdemolował samochód mojego kolegi, i to pod jego blokiem. Tylko za to, że jest wiślakiem - mówi osoba znająca środowisko "Sharksów", bojówkarzy utożsamiających się z Wisłą.
Po śmierci swojego przywódcy członkowie "Jude Gangu" dzwonili do wszystkich znajomych z ostrzeżeniem: "Nie wolno rozmawiać z dziennikarzami na temat Tomka". Dlatego każdy, z kim udaje nam się skontaktować, wielokrotnie zastrzega anonimowość.
Oczywiście największą nienawiścią kibole pałają do "psów", czyli policjantów. Stąd śledczym tak trudno spenetrować środowiska pseudokibiców.
Bezwzględny profesjonalista
Oczywiście "Człowiek" był policji znany. Już jako 18-latek stał na bramce w jednej z krakowskich knajp, zdominowanej przez półświatek. To było w czasach, gdy w mieście rządził "Krakowiak" - gangster, który podporządkował sobie południową Polskę, słynął z brutalności, specjalizował się w ściąganiu haraczy, napadach. C. szybko uczył się od starszych kolegów zasad zdobywania autorytetu na dzielnicy.
- Kiedy przychodziło zlecenie "z góry", robił wjazdy na knajpy, demolował - wspomina nasz informator.
Tomasz C. już jako nastolatek ćwiczył kick-boxing. Przez pewien czas był uczniem Andrzeja Firsta, śmiertelnie pobitego przez ludzi gangu "Krakowiaka" trenera kadry narodowej kick bokserów. W Anglii, gdzie wyjechał na krótko i też trenował, zdobył mistrzostwo w boksie. Gdy opanował sztuki walki i wykazał się podczas "ustawek" (bijatyki organizowane przez wrogich sobie kiboli), powoli dołączał do czołówki liderów "Jude Gangu" - najpierw "Metala", potem "Tycy".
- Można powiedzieć, że z "Tycą" mieli równą pozycję. Wystarczyło mu 15, 20 minut, by skrzyknąć swoich żołnierzy - mówi jeden z naszych informatorów. Przestał brać udział w ustawkach, gdy założył swoją szkołę boksu. - Gdyby policja złapała go podczas jakiegoś ulicznego incydentu, straciłby licencję i musiałby zamknąć szkołę. Co nie przeszkadzało mu, by młodych zawodników przerabiać na swoich żołnierzy - mówi informator.
Prowadził też treningi wytrzymałościowe dla hokeistów Cracovii, na których mecze często chodził. Sam zaproponował, że podszkoli zawodników, specjalnie dla nich wynajął salkę przy hali KS Korona na Podgórzu.
- Bardzo nam wszystkim imponował. Miał tak mocne kopnięcie, że nikt nie był w stanie utrzymać tarczy, gdy demonstrował cios. Nawet najwięksi twardziele wymiękali - mówi hokeista. Zawodnicy podkreślają, że na treningach wytrzymałościowych C. zachowywał się bardzo profesjonalnie. - Jak ktoś źle boksował, to cierpliwie poprawiał. Żadnych bluzgów nie było, żadnych dymów. Treningi były bardzo urozmaicone, ciekawe, ale też bardzo wyczerpujące - ocenia inny z zawodników. Wszyscy wspominają go jako uśmiechniętego, normalnego chłopaka, choć nikt się z nim nie zaprzyjaźnił.
W swojej szkółce kick-boxingu był już mniej powściągliwy. - Kiedyś na trening przyszło trzech wiślaków. "Człowiek" zapytał głośno: "Kto tu jest z Wisły? Pokażcie się, szczury, bo wiem, że tu jesteście". W końcu przyznał się jeden chłopak. Tomek podszedł do niego i z całej siły wymierzył mu cios w twarz. Ten nakrył się nogami. Ale gdy wstał, "Człowiek" powiedział do niego: "U mnie masz szacunek, bo się przyznałeś". To właśnie był cały on. Uwielbiał robić takie demonstracje siły - opowiada chłopak z otoczenia "Człowieka".
Ze wspomnień tych, którzy znali C. jako dwudziestolatka, wyłania się obraz bezwzględnego bandziora. Tak wspomina go koleżanka jego byłej dziewczyny. - Choć się rozstali, nie dawał jej spokoju. Potrafił przyjechać pod blok, zadzwonić i zażądać, by za trzy minuty, elegancko ubrana, zeszła na dół, bo jadą na imprezę. Gdy protestowała, tłumacząc, że nic ich nie łączy, oznajmiał, że nie interesuje go jej zdanie - opowiada.
W "Jude Gangu" C. też słynął z bezwzględności. Jego rolą było wymierzanie kar. - Zajeżdżanie drogi i spychanie samochodu to była właśnie jego metoda. W pewnym momencie miałem wrażenie, że próbuje pozować na kogoś w stylu "Krakowiaka", podporządkować sobie miasto - mówi znajomy "Człowieka".
Ulubionym miejscem C. był Kryspinów. - Wiosną i latem można go było spotkać tam codziennie. Siedział w pubach ogródkowych w towarzystwie najostrzejszych kiboli Cracovii - wspomina człowiek z "Sharksów". Pewnego dnia obok Tomasza C. i jego kolegów przechodziło nad zalewem dwóch nastolatków, kolegów ze szkoły. Jeden z nich kibicował Wiśle, drugi Cracovii. Chłopcy przekomarzali się na temat wyższości klubów. - Usłyszał ich "Człowiek", podszedł i obu uderzył w twarz - opowiada kibic Wisły.
Szkoła pod przykrywką?
Dla ludzi znających członków "Jude Gangu" nie jest tajemnicą, że C. nie zarabiał na życie, prowadząc zajęcia z boksu, ale handlując narkotykami. - To była marihuana, amfetamina, także kokaina. Do rozprowadzania dragów werbował żołnierzy "Jude Gangu" i chłopaków ze swojej szkółki - mówi nasze źródło.
Według policji C. początkowo wcale nie miał zginąć. - "Sharksi" dostali na niego zlecenie, ale nie wyrok śmierci. Nie mieli go zabić, tylko pociąć. Ale przed akcją nawąchali się amfetaminy i wzajemnie nakręcili. No i tak to się skończyło - mówi osoba znająca szczegóły śledztwa.
Polowanie na przywódcę "Jude Gangu" musiało być jednak dokładnie zaplanowane. - Świadczy o tym fakt, że osoby, które mogłyby znaleźć się na pierwszej linii wśród podejrzanych, w dniu zabójstwa wyjechały w góry i tam robiły sobie zdjęcia, żeby mieć wiarygodne alibi - mówi nieoficjalnie oficer policji.
Po zabójstwie w Krakowie ktoś zaczął podpalać samochody. Już nazajutrz spłonęły dwa auta - na Kurdwanowie i Podgórzu. Według naszych informacji oba pojazdy należały do "wiślaków". Pod koniec stycznia w Mistrzejowicach Nowych doszczętnie spłonęło audi. Mimo iż samochód był sporo wart, jego właściciel nie złożył wniosku o ściganie. Na Kazimierzu i Kurdwanowie nie brakuje napisów wzywających do odwetu.
W czasie, kiedy płonęły samochody, władze Krakowa zorganizowały konferencję prasową. Prezydent Jacek Majchrowski i jego pełnomocnik ds. bezpieczeństwa imprez masowych przekonywali, że w mieście jest bezpiecznie i to media są odpowiedzialne za sianie paniki. Zabójstwo było wynikiem nie porachunków pseudokibiców, lecz wojny gangów narkotykowych.
Dla policji jest jednak jasne, że środowiska kibolskie i półświatek przenikają się wzajemnie. - Grupy przestępcze wykorzystują kiboli, tworząc wzajemne zależności i powiązania. Przetarcie w bojówkach kibolskich uważane jest za rodzaj chrztu bojowego przed przyjęciem w szeregi zawodowych grup przestępczych, zajmujących się m.in. narkotykami, handlem ludźmi i rozbojami - mówi wiceminister Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Adam Rapacki.
Śledztwo w sprawie zabójstwa "Człowieka" zostało odebrane funkcjonariuszom z komendy miejskiej, przejęli je kryminalni z komendy wojewódzkiej. Oficjalnie o sprawie nic nie można się dowiedzieć. Pięć osób, które zatrzymano zaraz po zabójstwie, zwolniono. Policja nie udostępnia nawet informacji o tym, czy Tomasz C. był karany, choć to informacje jawne. - Mogę tylko powiedzieć, że intensywnie pracujemy nad wykryciem sprawców - usłyszeliśmy od rzecznika małopolskiej komendy Dariusza Nowaka.
Po zabójstwie w Krakowie szef policji Andrzej Matejuk polecił włączenie się do walki z gangami kibolskimi policjantów z Centralnego Biura Śledczego. Do krakowskiej komórki "Kibic" (do tej pory liczyła kilka osób) ma dołączyć kilkunastu policjantów, którzy będą rozpracowywać krakowskie środowiska kibolskie. Ich cechą charakterystyczną jest używanie tzw. sprzętu - noży i maczet, którymi zazwyczaj kłują się w pośladki. To bardzo bolesny cios, ale nie śmiertelny.
Kto pamięta świętą wojnę?
Do brutalizacji wojny między bojówkami Wisły i Cracovii doszło na początku tej dekady. Sztandarowe jeszcze w latach 90. pytanie: "za kim jesteś?", odeszło w niepamięć.
- Wisła i Cracovia nienawidziły się od zawsze. O Białej Gwieździe mówiło się, że sympatyzuje z milicją. Za komuny funkcjonariusze z MO potrafili przed meczem jeździć motorami po stadionie, mieli swoje miejscówki na trybunach. Piłkarze mogli robić co chcieli, byli nietykalni. Dlatego bojówki Cracovii i Wisły zwalczały się od zawsze, ale kiedyś biło się na pięści i nikt nie mieszał do tego narkotyków - mówi kibic Cracovii.
Wojtek, zwolennik Wisły, wycofał się z życia kibolskiego pięć lat temu. Jego kolega Krzysztof M., ps."Neo", w 2006 roku powiesił się w celi aresztu. "Neo" był oskarżony o zabójstwo "Fujina" - 17-letniego kibica Wisły, który zginął pod blokiem w 2004 roku od ciosów butelką i nożem (zabito go w odwecie za zatarg z innym chłopakiem, którego kilka dni wcześniej ugodził nożem). Początkowo o zabójstwo oskarżono "Metala" - przywódcę bojówki Cracovii. Potem oczyszczono go z tych zarzutów, a do aresztu, z wizją dożywotniego więzienia, trafił "Neo".
- Był tak zwanym przerzutem, odwróconym kibicem Wisły, który przeszedł na stronę Cracovii. Dla mnie był przede wszystkim kumplem, któremu zmanipulowano głowę. Zaczął ciąć ludzi nożem, jedna z jego ofiar ma trwały niedowład ręki. Stał się żołnierzem do tego stopnia, że był gotów zabić. Tę "świętą wojnę" przypłacił życiem. Przeraziło mnie to - mówi Wojtek.
Jego kolega (prosił, żeby nie podawać nawet jego imienia): - Nie jestem zwolennikiem pisania o takich postaciach jak "Człowiek". To może nakręcać młodych chłopaków. Im wystarczy impuls od "szyi" bojówki, by poszli się ciąć. Sama pani widzi, co się dzieje na mieście. Płoną samochody, na murach wezwania do odwetu. Tu nie chodzi o kluby, chodzi o wpływy i pieniądze. "Człowiek" sam szkolił żołnierzy, taranował samochody, bawił się w narkobiznes. Zna pani to przysłowie: kto mieczem wojuje, od miecza ginie?
Za mniej więcej miesiąc Tomkowi C. urodzi się drugie dziecko.