Zajebisty temat, powrzucam relacje pisane kilka jak nie kilkanaście lat temu przez starszych kibiców.
SIARKA TARNOBRZEG-POGOŃ (30.07.95)
Na ten pierwszy mecz sezonu 95/96 wybrałem się już w czwartek wieczorem z 2 kumplami do Warszawy. Na miejscu w stolicy byliśmy dopiero w południe z powodu przymusowych wysiadek w Krzyżu, Poznaniu i Kutnie, po czym udaliśmy się do ziomala z Legii. Cały piątek i noc z piątku na sobotę zleciała nam na alkoholizacji. W sobotę rano po zwerbowaniu jednego z Legionistów pojechaliśmy na Centralny spotykając tam 19 chłopaków ze Szczecina i 1 fanatyka Legii wracającego z upojnych wakacji w Grodzie Gryfa. Wyjeżdżając o 7 rano z Warszawy, w Sandomierzu byliśmy o 11 rano. Po małej utarczce z psiarnią w Skarżysku, kanary wypisały nam niezawodne w tej sytuacji kredyty. W Sandomierzu czekało na nas 2 zawodników ze Stargardu. Psy zawiozły nas do Tarnobrzega starymi rozklekotanymi "Żukami " pod stadion. Tam dotarło do nas że nie posiadamy wystarczającej ilości gotówki na picie, nie mówiąc o szmalu na wjazd. W tej oto sytuacji uratował nas kolega sprzedając swą (nowiusieńką) skórę co nas uratowało przed nieuchronnym wytrzeźwieniem. Do meczu pozostało ok.5 godzin. Siarki po prostu brak. Niektórzy poszli się kąpać w Wiśle, inni pili pod stadionem w knajpce, a jeszcze inni zapoznali niejakiego 50-letniego"Mundka”, który powiedział, że bierze 4 z nas na wódkę. W ten oto sposób został on naszym oficjalnym sponsorem wyjazdu. Napierdoleni jak worki wtoczyliśmy się na stadion z piosenką "Lato wszędzie". Jak zwykle porozbierani do pasa, śpiewaliśmy i dopingowaliśmy przez cały mecz. Upał był nieznośny, ale wody było pod dostatkiem, więc o porażenie mózgowe nie trzeba było się bać. Siarki w młynie było ok. 40 twarzy, jak nie małolaci to rolnicy oderwani od pługa. Po meczu który Pogoń wygrała 1:0 zostaliśmy zawiezieni do Sandomierza, skąd w towarzystwie Tarnobrzeskich psów udaliśmy się żółtkiem do Skarżyska. Za pozostałe pieniądze zakupiliśmy alkohol na drogę i stojąc pod dworcem w 8 osób zaczęliśmy powoli opróżniać butelki. W pewnej chwili z ciemności wyłoniło się ok.15 tubylców ze sztachetami. Na początku dezorientacja i wycofanie, po dojściu do siebie przystępujemy do kontrataku montując naprędce jakieś brechy. Niestety po pierwszym starciu wkroczyły psy i przerwały naszą radosną zabawę. Owi tubylcy byli najprawdopodobniej kibicami Granatu, czyli filii Widzewa. Rozochoceni tymi wydarzeniami kontynuowaliśmy terror w pociągu do Warszawy. Po przejęciu dziewczyny jakiegoś pacjenta z Krakowa, bajerowaniu zakonnicy, przyszła kolej na "WARS" Na początku zwykła promocja słodyczy, później piwo na "kredyt". A na koniec jeden z nas zażądał całej kraty piwa i kartonu szlugów. Na nieszczęście "warsowego" w skrzynce brakowało 2 piw. Musiał za nie zapłacić. JEDEN WIELKI TERROR!!! W okolicy W-wy Zach. 2 typów stwierdziło, że nie lubi Pogoni i Legii oraz że jadą na baraż Radomiak- Jeziorak gdyż są fanami Radomiaka. Gdy pociąg stanął na stacji doszło do sparringu, podczas którego zostali wyrzuceni z pociągu, bez jednego buta, z rozrzuconym bagażem na peronie. Niestety barw nie mieli, chociaż kto wie. Trzeba stwierdzić że byli godnymi rywalami, dopóki paru zrzutowiczów od nas nie obudziło się i stwierdziło, że chcą sobie trochę pokopać .Z Centralnego z oczywistych powodów musieliśmy się ewakuować z zagarniętym łupem z "Warsu". Wsiedliśmy do jakiegoś nocnego autobusu, który wywiózł nas na jakieś dziwne osiedle (chyba Bemowo). Byliśmy tak niemiłosiernie napierdoleni, że popadaliśmy na trawnikach. Potem powrót do Szczecina porannym expresem, w którym spotkaliśmy gwiazdę -Zbigniewa Wodeckiego, który wskutek delikatnego nacisku został zmuszony do zanucenia pierwszych wersów Pszczółki Maji.
Ten wyjazd chyba każdy uczestnik może zaliczyć jako jeden z najlepszych, pod względem humoru, pogody, samowoli i niezbędnego alkoholu. To, że frekwencja nie była wysoka nie stwarza problemu by można było mianować tę wyprawę najlepszą na jesień '95.To jeszcze jeden dowód na to, że czym dalej tym więcej przygód.
Odra Opole - POGOŃ SZCZECIN 23.09.2000
Do Opola wybrało się około 70 kibiców Dumy Pomorza. Podróżowaliśmy w dwóch grupach. Pierwsza, 22 osobowa grupa wyruszyła na Dolny Śląsk z samego rana. Podróż przebiegała raczej spokojnie. Większych problemów nie robił kanar, który najnormalniej w świecie wziął w łapę. Grupa ta po kilku przesiadkach dosiadła się we Wrocławiu do drugiej, około 45 osobowej grupy kibiców portowej jedenastki. 2 kibiców podróżujących pociągiem wcześniejszym miało okazję bliżej poznać pyrlandię. Wysiedli oni w Poznaniu i z przesiadkami dojechali do jakiejś małej mieściny za Lesznem. Aby wsiąść do jakiegokolwiek pociągu jadącego w kierunku Opola musieli przejść na piechotę 8 km. Idąc przez wioski i pola mieli wątpliwą przyjemność oglądania wykopków. Po prawie siedmiu godzinach podróży dotarliśmy do Opola. Na dworcu przywitały na zastępy psów uzbrojonych w karabiny i pałki. W okolice stadionu postanowiła bokiem dostać się 20-osobowa grupa fanatyków Pogoni, jednak we wszystkim połapały się psy i zawróciły kibiców Dumy Pomorza na dworzec. Spod opieki mundurowych uwolniło się zaledwie dwóch fanów Pogoni. Droga na stadion przebiegała bardzo spokojnie. Jedynie w jego pobliżu kręciła się około 20-osobowa grupa miejscowych poszukiwaczy mocnych wrażeń. Do bliższego spotkania niestety nie doszło. Więcej przygód spotkało 2 kibiców którzy wybili się z dworca na miasto.
Najpierw postanowili się porządnie najeść. W tym celu udali się do restauracji na golonkę. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie pazerność właściciela punktu gastronomicznego, który za dwa niewielkie kawałki świniaka policzył sobie 30 zł. W tym momencie jeden z fanów wywrócił stół, tłukąc przy okazji wszystko co znajdowało się na stole. Po całym zdarzeniu podróżnicy udali się w stronę stadionu. Nie kryli się ze swoimi sympatiami do Pogoni. Każdego przechodzącego, który był w miarę odpowiednim wieku informowali, że są ze Szczecina. Jednak nikt z opolan nie kwapił się do walki. Gorąco zrobiło się dopiero przed stadionem. "Ch." podszedł do gości którzy sprzedawali pod stadionem szaliki (podobno byli do przywódcy tamtejszych kibiców) i oznajmił im, że jest ze Szczecina i zapytał się czy "chcą awantury". Klienci się początkowo zdziwili i nie chcieli uwierzyć szczecińskiemu desperatowi. Po chwili jednak opolanie przystąpili do ataku na dwóch szczecińskich hools. Wszystko to działo się w odległości 50 metrów od sektora na którym siedzieli już pozostali szczecińscy fani. Wystarczyło parę sekund, żeby z sektora wybiegło kilkanaście (-dziesiąt?) osób idących z odsieczą swoim ziomkom. Ochrona gdy tylko połapała się o co chodzi, pozamykała furtki na kłódki. Po chwili do całej awantury wmieszała się psiarnia. Trzeba przyznać, że "Ch." i "O." nie mają się czego wstydzić, gdyż nie dostali oklepu, mimo iż za przeciwników mieli kilku fanów Odry. Po wszystkim udaliśmy się na sektor. Niektórzy z nas umilali sobie oczekiwanie na mecz w sektorze zajmowanym przez kibiców gospodarzy. Podczas meczu kibice Odry prezentowali się przeciętnie. Przed meczem rzucili kilkadziesiąt serpentyn, młyn liczył około 300-400 osób. Z dopingiem było różnie. Czasami śpiewał cały stadion, a czasami, i to przez kilkanaście minut, na stadionie słychać było tylko nas. My również nie zaprezentowaliśmy się najlepiej. Wywiesiliśmy 5 flag (w tym dwie długie "MKS POGOŃ SZCZECIN" i "GRANATOWO-BORDOWI").
GKS Katowice - Pogoń Szczecin (20.05.1995)
Jadąc do Katowic zbiórką był Sosnowiec. Już wcześnie rano do Sosnowca zawitała grupa kibiców Legii i Pogoni. Razem, już z Zagłębiem, ekipa liczyła około 110 osób i tuż po piętnastej wyjazd autobusem miejskim bez policji. Była więc niepowtarzalna okazja, aby zrobić jakąś zadymę na miescie. Tuż po wyjsciu z autobusu zaczęliśmy szukać kibiców GKSu. Udaliśmy się więc na przystanek tramwajowy w oczekiwaniu, że najblizszym transportem będzie jechać gieksa. Właśnie dokładnie tak się stało. Napiecie rosło, gdyż zbliżał się tramwaj linii nr 41, z którego powiewały żółte szaliki. Wreszcie nadjechał i nastąpił wielki huk pierwszych rozbitych szyb. Katowiczanie pochwycili o co chodzi i z przerażeniem pochowali się po katach tramwaju. Zaczęło się zamieszanie. Na przystanku i w tramwaju ogromna panika. Zagłębie leje kogo się da i lecą kolejne szyby. Gieksa traci także kilka szalików. Po kilku minutach nadjeżdżają suki. Gliny zwijają kilku od nas, my jednak chcemy ich odbić. Akcja się nie powiodła, gdyz przyjechały posiłki prewencji. Rozpoczęła się gonitwa po Katowickim Rondzie, która się przeniosła w głąb miasta. Pały wyłapywały kogo się tylko dało, więc musieliśmy się podzielić na wiele małych grupek. Plan nie zdał egzaminu, gdyż na mecz dojechało tylko 50-ciu szalikowców i na dodatek stracilismy trzy flagi i kilka szalików. Na meczu spoko: śpiew, race. Pogoń wygrała 2:1. W drodze powrotnej byłoby wszystko OK gdyby nie to, że zostaliśmy wyproszeni z pociągu i zaprowadzeni na komisariat kolejowy w Katowicach. Kilku od nas udało się jednak odłączyć od grupy i uciec. Jak to zwykle na komendzie bywa, wszyscy dostali mandaty (oczywiście bezpodstawnie). Dalsza podróż przebiegała spoko. Bilans naszych wyczynów to szyby powybijane na sumę 400 złotych i kilka szalików.
jesli chodzi o Lechie......zawsze mimo ze to smiertelny wróg, czułem szacunek, połaczony z respektem do tej ekipy...
ze swojego zycia pamietam 2 sytuacje zwiazane z okazja konfrontacji z Gdanszczanami.
1 pamietna awnatura na placu zamenhofa< koło dawnego duetu>,rog bodusława a jagiellonskiej>
wowczas jako 17 latek zaczelem od roku aktywnie uczestniczyc w zyciu kibicowskeij Pogoni....
była to spokojna sobotnia sielanka,kolo kina kosmos pol miasta zebrało sie słuchac i podziwiac plenerowe spotkanie z radiem bbc polska<zet>stał pietrowy angielski autobus..pól miasta z dziecmi na festynie porównywalnym do dni morza,tumult zgiełk i jarmark.....hah,,a 500metrów dalej zadyma tak historyczna w calym kibicowskim zyciu polski.....
ale moze od poczatku.....
na cyrku <boisko szkolne na ślaskeij>zebrala sie cała smietanka ekipy Pogoni okolo 60 osob,naprawde ekipy chyba w historii najlepszej w szczecinie,,,,,,z racji ze bylem jednym z mlodszych wysłano mnie kontrolnie na dworzec ,na pociag ktory absolutnie nie był bezposrednim z gdanska,a przykuwał uwage jako mozliwosc dojazdu w/w ekipy...
na dworcowej kladce stalem tylko ja i jeden z najlepszych zadymiarzy tego miasta Z.
jakiesz zdziwienie nas dopadlo, gdy z pociagu z ktorego najmniej sie spodziewalismy wyskakuje okolo 150 osobowa banda łysych z LECHII!!!!!
"Z" niewiele myslac wyciaga łancuch i czeka wymachujac nim na wszystkie strony...z racji przewagi 1000;1
uciekamy kładka na gore.Z "kaze mi biec na cyrk po reszte,a sam napiepprza kamieniami az miło,<powaznie>zamieszanie takie ze jak dobiegam, chyba w 5 minut z dworca na slaska ,juz polowa ekipy wie o co chodzi.zaczyna sie latanie i kombinowanie co dalej. wkoncu wraca "Z"i oglasza wszem i wobec ze lechia sama bez obstawy zasowa przez wyzwolenia, w strone jagiellonskiej,,,szybkie decyzje wydawane przez starych,rozbicie na 2 grupy i wyczekiwanie koło wspomnainego duety.
Lechia zasuwa chodnikiem wszyscy w zielonych fleyersach,łyse towarzystwo i z piana na pysku my rozbici w 2 grupy po 30 osob...na hasło "Z" wychodzimy z bram i stajemy centralnie na srodku placu ,widzi to gdańsk i całe 150 osob leci na nas.
dopadli nas i wymiana na wszystko kamienie trzonki a my z brechami wyrwanymi z bram...ich wiecej leja nas niemilosiernie, az nagle z ulicy rajskiego, wypada druga grupa z metalowymi i drewniwnymi pałkami.cala lechia ucieka ale nie rozwalaja sie na mniejsze grupy,trzy maja sie cwani razem,,doszło do do polaczenia naszych sil i znow atakuje Lechia tym razem to my ich przeganiamy w głab jagiellonskeij-i taka ganianka po calym placu,,masa rozbitych głow dopiero wtedy zauwazyłem ze mam dziure w rece<na ramieniu>kurewsko krwawi ale biegamy dalej.napewno kilka razy waliłem gosci po głowie drewniana palka i napewno dostałem po głowie nie raz.....
moment i niebiesko od policji, uciekamy do bram w kilkunastosobowych grupach,,,, a lechiia zostaje na placu.
my z racji znajomosci terenu zbieramy sie w podworkach ,ani policja ,ani lechia do bram nie wchodza.
tam sie zbieramy na nowo a Lechia juz z policja rusza w strone stadionu...nastepne skrzyzowanie jagiellonska woj.polskiego znow w kilku grupach po kilkunastu atakujemy.dosłownie wypadamy wpadamy w Lechie i znow ucieczka do bramy...i tak przelotkami do nastepnej okazji....albo podworkami albo parkami i tak az do szpitala pod stadionem.......dym na całej długosci ulicy jagiellonskeij z godzine ganiania za soba. zadna strona nie moze powiedziec ze wygrala ogolnie wiecej rozbitych głow z ich strony ale w otwartej na czystym polu konfrontacji pewnie nie mielibysmy szans....cholernie byli poukladani...i zorganizowani..karetek troche kursowalo wtedy jeszcze ze stadiony kilku gdanszczan wywozono nie przytomnych.
na pogotowiu spotkalem kilkunastu chłopaków i od nas i od nich...a tam nadal wyzwiska i ganianki po izbach przyjec'''''''
awantura jakiej nie przezyłem nigdy wiecej ale po niej ,choc z dziura w reku, z kilkoma szwami na glowie i zlamanym palcem u nogi,mimo smaku nie zwyciestwa a nie roztrzygnietej konfrontacji wiedziałem ze warto było!!!!