jakby kogos interesowalo to wklejam relacje kibicow Jagi, ktorzy do Kazachstanu udali sie samolotem
Choć na naszej stronie na bieżąco umożliwialiśmy śledzenie podróży pociągiem do Kazachstanu, chcemy Wam dzisiaj przedstawić również relację jednego z wyjazdowiczów, którzy do Pawłodaru udali się samolotem. Kibicowsko, wesoło, z małymi przeszkodami, a wspomnienia - bezcenne!
Po ciężkim sezonie wybrałem się na kilka dni nad jeziora. Piwko, wódeczka, cisza, spokój - wszystko czego chciałem, miałem "pod ręką". Pewnego poranka doznałem szoku - telefony zalane zapoją i w tym momencie zrodził się ogromny problem, jak tu się skontaktować z chłopakami w związku z wyjazdem do Kazachstanu. Ciężko było i pierwsze kontakty nawiązałem dopiero po powrocie. Okazało się, że wszyscy zainteresowani złożyli wnioski wizowe już w Warszawie, a ostatnie pięć biletów na pociąg do Astany zostało wykupionych przez jagiellońskich fanatyków. Nawiązałem jednak kontakt z chłopakami udającymi się busem do Mińska, a następnie samolotem do Pawłodaru.
We wtorek wieczorem po telefonie od brata po szalu (ze względu na finanse początkowo zrezygnował z wyjazdu) podjęliśmy decyzję, że ruszamy z Jagą na koniec świata! Dzień później wczesnym porankiem we dwójkę udaliśmy do stolicy. Do momentu, kiedy doszliśmy do ambasady, wszystko układało się po naszej myśli. Po wyjściu z pociągu, szybko udaliśmy się metrem, a następnie autobusem na ul. Królowej Marysieńki, gdzie znajdowała się ambasada Kazachstanu. Stanęliśmy zadowoleni, że nie ma kolejek i nacisnęliśmy przycisk w domofonie. Po kilkunastu sekundach wyszedł do nas "przemiły" pan i oświadczył, że dzisiaj nie można składać wniosków wizowych, gdyż ambasada jest zamknięta. I wskazał palcem na tabliczkę. Rzeczywiście... Poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek ambasada otwarta, tylko w środę zamknięta. Grunt to mieć szczęście... Tyle przekleństw, co wówczas wypłynęło z naszych ust, starczyłoby chyba na miesiąc.
W końcu, jak nieco ochłonęliśmy, kminiliśmy co tu zrobić, wracać do Białegostoku i następnego ranka ruszać z powrotem do Warszawy, czy zostać w stolicy. Zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant i dzięki P. mogliśmy przekimać się w Warszawie. Jagielloński emigrant postawił na stół Jasia Wędrowniczka i wieczór upłynął o rozmowach kibicowskich, jak również i piłkarskich. Po porannej pobudce udaliśmy się znów do ambasady. A tam czekały na nas kolejne atrakcje...
Kolejka przed ambasadą była dość spora, ale na szczęście zjawiliśmy się odpowiednio wcześnie i znajdowaliśmy się w jej czołówce. Po kilkudziesięciu minutach koczowania pod ambasadą ujrzeliśmy znajome mordy ;-) Byli to chłopacy z ekipy pociągowej, którzy przyjechali po odbiór wiz. Mieli małe problemy z ich otrzymaniem, ale finał tej historii był szczęśliwy. Po odbiorze życzyli nam powodzenia i tego, abyśmy się spotkali w Pawłodarze. W końcu weszliśmy do domu "Wielkiego Brata". Na każdym rogu kamera, a przed wejściem znów spotkaliśmy tego "przemiłego" pana, który kazał nam oddać telefony. Tak też zrobiliśmy, żeby nie było zbędnych komedii i udaliśmy się złożyć wniosek.
Czekała tam na nas sympatyczna pani, która wydawało się, że szybko ogarnie nasze wizy. Niestety, w momencie, w którym wyszła od konsula, sprowadziła nas na ziemię. - Dziś wiz nie dostaniecie, co najwyżej dopiero w poniedziałek lub wtorek - powiedziała. Czuliśmy się jakbyśmy dostali obuchem w łeb, gdyż na wtorek trzeba było wykupić już lot do Pawłodaru. Byliśmy blisko rezygnacji z wyjazdu, ale powiedzieliśmy sobie, że skoro tyle już przeszliśmy, to nie możemy się poddać i musimy pokazać jagielloński charakter. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, i wykonaliśmy kilka telefonów do różnych osób (z tego miejsca serdecznie im dziękujemy), które zadeklarowały nam pomoc w szybszym załatwieniu wizy.
W czwartek po południu wyruszyliśmy z Warszawy do Białegostoku, gdyż tego dnia Jagiellonia rozgrywała u siebie mecz z Irtyszem Pawłodar. Grajki zaprezentowały się dobrze i wygrały 1:0. Po meczu jeden z nas porozmawiał z młodym chłopakiem (blisko związanym z ludźmi pracującymi w ambasadzie Kazachstanu), który zapewnił, że kibice mają poparcie (czego od Donka i jego pachołków w ostatnim czasie nie otrzymujemy, a co najwyżej kłody pod nogi) i istnieje ogromna szansa, że dostaną wizy. Tę wiadomość przyjęliśmy z umiarkowaną radością, po tym, co nas spotkało w poprzednich dniach.
W piątek, czyli dzień po meczu z Irtyszem, dostaliśmy nieoczekiwany telefon z ambasady, że... w sobotę mamy odebrać wizy! Szok, niedowierzanie, ogromna radość, tym bardziej, że tego dnia ambasada jest zamknięta! Dzień później o 5:40 ruszyliśmy znów do stolicy. Do ambasady dotarliśmy około 11, szybko odebraliśmy wizy i udaliśmy się do Złotych Tarasów (przez 3 dni były niemalże naszym domem, a hamburgery z Burger Kinga naszym jedzeniem - bleee), skąd wyruszyliśmy do domów.
Wydawało się, że to koniec naszych problemów, ale życie byłoby za piękne, gdyby rzeczywiście okazało się, iż mamy prostą drogę do Kazachstanu... W poniedziałek wieczorem ustawiliśmy się na dworcu PKP w celu zakupienia biletów pociągowych do Grodna. Nagle jeden z nas do drugiego powiedział: - Jutro kolejarze we wczesnych godzinach porannych planują strajk... No, żesz k... mać! Na szczęście szybko ustaliliśmy, że kolejarze strajkować będą o 7:00. Wykupiliśmy więc bilety na pociąg do Grodna na godz. 5:40 i następnego dnia o tej porze wyruszyliśmy na koniec świata za Jagiellonią. Oczywiście początek wyprawy musiał rozpocząć się od przygody... gdyż kolejarze zaczęli strajkować wcześniej niż zapowiadano. Pociąg nasz stawał na trasie kilka razy, ale ostatecznie po przesiadkach w Sokółce i Kuźnicy Białostockiej dotarliśmy do celu, którym było Grodno.
Tam przejął nas kierowca o imieniu Wołodja (dzięki A. za załatwienie transportu), który podwiózł nas do Mińska. W czasie podróży po Białorusi nie mogło oczywiście zabraknąć atrakcji. Szalony driver, jak na niego mówiliśmy, stwierdził, że dwupasmówka (bardzo przez nas chwalona) ciągnie się cały czas od Grodna do Mińska, a przy tym prowadził samochód... z głową w bocznej szybie. Nagle dwupasmówka w pewnej części stała się jednopasmówką i dzięki przytomnej reakcji jednego z nas, który powiedział Wołodji, że jedzie na czołówkę z tirem, mogliśmy szczęśliwie kontynuować swoją podróż i zapewne też życie... Wołodja to bardzo sympatyczny człowiek, w czasie jazdy opowiadał nam o wielu urokach Białorusi i o rządach Ĺukaszenki. Zanim dotarliśmy do stolicy Białorusi, po drodze nasz kierowca dostał za przekroczenie prędkości jeszcze mandat. Na początek 6 dolarów, ale zdołał - jak to powiedział - stargować do trzech ;-)
W końcu dotarliśmy do Mińska, gdzie spotkaliśmy się z L. (dzięki za pomoc w wyjeździe!), który przybył tam prosto z Moskwy. Razem w trójkę zjedliśmy obiad, a po kilku godzinach dołączyli do nas nasi koledzy i razem z grajkami tym samym samolotem udaliśmy się do Pawłodaru. Podróż przy alko minęła szybko, te 5,5 godziny zamieniło się niemal w kwadrans ;-). Z lotniska wzięliśmy sałatę i pojechaliśmy do hotelu Irtysz, w którym mieszkaliśmy razem z grajkami. Kazachski kierowca też był bardzo dobry, bo zaliczał każde czerwone światło na swojej drodze hehe.
Po środowej pobudce przywitały nas ogromne upały. Szybko ogarnęliśmy się i zaczęliśmy zwiedzanie Pawłodaru. W kazachskim mieście było dużo skośnookich, jak i Rosjan. Uwagę zwracały zwłaszcza piękne dziewczyny, których jest tam zdecydowanie więcej niż w naszym kraju. Wszystkie chodzą na dodatek w butach na wysokim obcasie, co doprowadzało do tego, że większość z nas mogła doznać skręcenia szyi, szybko zmieniając położenie głowy z prawej strony na lewą i na odwrót. Ĺadnie prezentowała się rzeka Irtysz, w której pierwszego dnia nikt z nas nie zdecydował się wykąpać. W końcu udaliśmy się do jednej z knajp, gdzie skosztowaliśmy przysmaków kazachskiej kuchni. Nikt z nas nie zdecydował się wypić większej ilości kumysu - mleka z kobyły z alkoholem - gdyż groziło to częstszym niż zwykle wizytom w toalecie. O godz. 19 udaliśmy się na trening naszej drużyny i ryknęliśmy 3 razy. Zaczęliśmy od tego, czego wymagaliśmy od grajków w Pawłodarze "Tylko zwycięstwo!", następnie dorzuciliśmy "Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Jaga gra" i "Piłka nożna dla kibiców". Po treningu rozdaliśmy autografy miejscowym, młodym sympatykom piłki ;-) Tego samego dnia w kibicowskim gronie wybraliśmy się do miejscowej restauracji. Znakomite jedzenie, wódeczka i tańce przy tamtejszej muzyce sprawiały, że było FANTASTYCZNIE. Następnie przenieśliśmy się do jednej z lepszych miejskich dyskotek, gdzie tańcowaliśmy do rana.
W czwartek przed południem kilku z nas odebrało chłopaków z ekipy pociągowej i wszyscy spotkaliśmy się w jednym z hotelowych pokoi, gdzie tradycyjnie delektowaliśmy się wyrobami alkoholowymi. Później pokazaliśmy chłopakom Pawłodar, a następnie przygotowywaliśmy się do wyjścia na mecz. Ze śpiewem na ustach przeszliśmy przez miasto i bez sprawdzania biletów weszliśmy na stadion, na którym było wiele powyłamywanych krzesełek, a w środku jednej z trybun... wielka dziura. Na początku mieliśmy małą szarpaninę z miejscowymi, ale później przez cały mecz już był spokój. Grajki dały ciała na całej linii i po raz pierwszy od dawien dawna z naszego sektora poszło "Jaga grać k... mać". Wieczorem w hotelu z reguły mijaliśmy obojętnie grajków, którzy przeszli obok meczu. Było także kilka ostrzejszych rozmów. Nie może być tak, że kibice jadą na koniec świata, a piłkarze mają to w głębokim poważaniu i nie podejmują nawet walki.
W piątek pożegnaliśmy chłopaków z ekipy pociągowej i w kilka osób poszliśmy wykąpać się w Irtyszu. Ciekawym zjawiskiem w Pawłodarze było to, że marihuana rosła tuż przy chodnikach. Wieczorem było pakowanko i ostatnia impreza, a już w sobotę rano wyruszyliśmy z powrotem do domu.
Podsumowując, w Pawłodarze oficjalnie było nas 14 głów. Dla takich chwil, wyjazdów warto żyć. Dla wielu była to przygoda życia, bo kto pojechał do Pawłodaru, ten wie, ile trzeba było włożyć sił i serca, żeby się dostać na - jak to mówiliśmy - koniec świata. Jesteśmy zawsze tam...