Liga jaskiniowców
Polują na siebie na osiedlach. Już nie ma mowy o bójkach na gołe pięści. Są uzbrojeni jak jaskiniowcy: w drewniane pałki, siekiery, noże, miecze i maczety. Policja jest bezradna.Niedawno cała Polska usłyszała o serii brutalnych ataków maczetą w Krakowie.
Zaczęło się w niedzielny wieczór, 4 lipca, od bójki na ul. Palacha: - To była regularna wojna, przez blisko kwadrans okładali się nawzajem. Gdyby ktoś ze świadków nie zadzwonił na policję, to pewnie by się pozabijali. Dopiero na odgłos policyjnych syren zaczęli uciekać - opowiadają mieszkańcy.
W bijatyce brało udział kilkunastu mężczyzn. Na miejscu policja zastała tylko jednego - 37-latka z ranami rąbanymi nogi. Trzy godziny później doszło do kolejnego starcia w okolicy ulicy Siemaszki. Prawdopodobnie ta sama grupa zaatakowała trzech młodych ludzi. I znów jeden z nich trafił do szpitala. W pobliżu policjanci znaleźli noże, kije i maczety. Zatrzymali też pięciu mężczyzn, podejrzewanych o udział w bójce. Ale na tym się nie skończyło. Dwadzieścia minut przed północą do policji dotarło zgłoszenie o kolizji dwóch samochodów przy ul. Grota Roweckiego. Na miejscu okazało się, że trzech mężczyzn jest rannych. Ich obrażenia nie powstały jednak w wypadku, ale od ciosów maczetami.
Chociaż już następnego dnia policja informowała o zatrzymaniu 9 domniemanych uczestników bójek, sprawa skończyła się niczym. Zarówno ranni, jak i podejrzani zgodnie oświadczyli, że na miejscu krwawych starć znaleźli się przypadkowo: jeden był z wizytą u babci, inny umówił się tam z dziewczyną. Zapewniali, że się nie znają. Zabrakło dowodów, by komukolwiek przedstawić zarzuty.
Nie ma też winnych kolejnego, lipcowego napadu z maczetą w Krakowie. Tym razem ucierpiał 17-latek z Nowej Huty. Trafił do szpitala cały we krwi - z ranami głowy, rąk, nóg i tułowia. Na izbę przyjęć przyprowadziło go dwóch mężczyzn. Posadzili go na krześle i szybko się oddalili. Chłopak od razu trafił na stół operacyjny. Ale gdy doszedł do siebie, oświadczył policjantom, że nie chce, żeby w ogóle drążyli sprawę. W efekcie postępowanie od dwóch miesięcy tkwi w martwym punkcie.
- Nie udało się ustalić świadków napadu, a sam chłopak idzie w zaparte: mówi, że został zaatakowany na os. Na Skarpie, ale nie wie przez kogo, nie wie też, kto przywiózł go do szpitala. Słaba jakość nagrania szpitalnego monitoringu nie pozwoliła na ich identyfikację - mówi kom. Katarzyna Cisło z zespołu prasowego małopolskiej policji.
Takie krwawe ataki mają już, niestety, w Krakowie tradycję. W marcu w czasie rozgrywanego meczu przez szóstoligowe drużyny Bieżanowianki i Płaszowianki na płytę boiska wtargnęło kilkudziesięciu zamaskowanych chuliganów. Byli uzbrojeni w pałki, siekiery i maczety. Krzyczeli "J... Wisłę!". Ich celem byli piłkarze Bieżanowianki. Dopadli m.in. kapitana drużyny, którego pobili kijem bejsbolowym. I zniknęli...
Podobne krwawe bitwy, przy użyciu tych samych narzędzi, toczono także we wrześniu ub. roku na ul. Siemaszki i osiedlu Ruczaj. Trzy lata temu podczas jednego wrześniowego tygodnia przestępcy używający barw Cracovii i Wisły stoczyli ze sobą trzy wojny, demolując przy okazji pub na os. Kurdwanów oraz Stadion Grzegórzecki. W ruch poszły noże, siekiery i pałki. Lała się krew. Żadne zgłoszenie o pobiciu jednak do policji nie dotarło, a
poszkodowani twierdzili, że nawet nie domyślają się, czyje to dzieło, bo przecież nikomu się nie narazili.
- Zgłoszeń nie było, bo dla nich dyshonorem jest angażowanie policji do własnych porachunków. Chcą je wyrównywać we własnym zakresie. Dać wycisk wrogowi i pokazać, kto rządzi. Autorytet zyskują ci, którzy wykażą się odwagą w bijatyce - mówi policjant z sekcji kryminalnej krakowskiej komendy miejskiej.
Policja sądzi, że te ataki to rezultat bandyckich porachunków. - Z grup dawnych agresywnych kibiców wyrosły bandy, dla których interesy rywalizujący klubów piłkarskich - Wisły i Cracovii nie mają już większego znaczenia - mówi Katarzyna Cisło. - Przestało chodzić o zadymy na stadionach, coraz częściej chodzi o narkotyki czy kradzież.
O tym, że niektórzy stadionowi chuligani weszli w skład grup przestępczych lub tworzą własne - wiadomo nie od dzisiaj. Taką drogę przeszedł m.in. Paweł M., ps. "Misiek", który w 1998 r. podczas meczu Wisły Kraków z AC Parmą rzucił z trybun nożem i zranił włoskiego piłkarza Dino Baggio. Trafił za to za kraty na 6,5 roku. Wyrok odsiedział, ale nawyków nie zmienił. Przed trzema laty był dwukrotnie zatrzymywany po starciach pseudokibiców na noże, siekiery i maczety. Po raz trzeci wpadł jako podejrzany o posiadanie narkotyków. Za kraty jednak nie trafił, bo winę wziął na siebie jego kolega.
Dla większości pseudokibiców autorytetem są destrojsi (destroy: z ang. niszczyć, burzyć - przyp. nasz). Przy każdym klubie piłkarskim jest taka grupa - dorośli, umięśnieni, ostrzy faceci. U młodych mają szacunek ze względu na siłę, bezwzględność i przede wszystkim ze względu na pieniądze. Młode chuligańskie pokolenie chce brać z nich przykład. Nobilituje ich, gdy tamci zatrudniają ich w charakterze ochroniarzy, wykorzystują do przestępczych porachunków. Wielu marzą się gangsterskie kariery. Chcą jeździć - jak tamci luksusowymi samochodami i bawić się w drogich dyskotekach. Coraz częściej więc biją się nie po to, żeby popisać się przed kolegami, ale by rządzić i na opanowanym terenie obrabiać samochody, sklepy, sprzedawać narkotyki. Przed wejściem w "dorosłą przestępczość" trzeba się wykazać odwagą. Najlepiej podczas osiedlowych wojen, burd na stadionach i napadów ulicznych.
Listopad ub. roku, os. Jagiellońskie. Wieczorem w okolicy przystanku autobusowego spotykają się dwie grupy młodych ludzi. Nie znają się. Ich sprzeczka zaczyna się od pozornie niewinnego pytania: "Skąd jesteście? Co robicie na naszym osiedlu?". Chwilę później dochodzi do szarpaniny, w trakcie której 17-letni chłopak zostaje śmiertelnie ugodzony nożem w szyję. Jego zabójca, 18-letni Artur K., później tłumaczy się w prokuraturze, że to on został zaczepiony, a noża użył w obronie. Przyznaje, że nie rozstawał się z nim w czasie spacerów po Jagiellońskim, na którym rządzą "wiślacy", gdyż on sam jest kibicem Cracovii.
W maju na nowohuckim osiedlu Kazimierzowskim w bitwie na maczety, siekiery, noże i pałki zginął 17-letni chłopak, a drugi został ciężko ranny.
- Grupy wulgarnych, głośno zachowujących się wyrostków, uzbrojonych w pałki, noże i maczety można spotkać niemal codziennie na osiedlu. Siedzą na ławkach. Są zagrożeniem. Dwa dni wcześniej przed tym nieszczęściem dzwoniłem na policję i alarmowałem. Być może, gdyby była jakaś reakcja, gdyby zabrano im te przedmioty, do tej tragedii by nie doszło - mówi jeden z mieszkańców osiedla Niepodległości, na którym mieszkał zabity chłopak.
- Codziennie policjanci zabierają tym ludziom maczety, noże i inne niebezpieczne narzędzia. Policyjne magazyny są ich pełne. Policjanci, tak jak większość mieszkańców, uważają, że ktoś, kto siedzi na ławce w nocy z nożem lub maczetą, jest zagrożeniem. Ale prawo nie zabrania mieć przy sobie tych narzędzi. Niedawno pewnemu fanatykowi jednej z krakowskich drużyn piłkarskich musieliśmy oddać kilka maczet zabranych mu podczas nocnych patroli - mówi mł. insp. Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.
Zgodnie z prawem w Polsce można się poruszać z dowolnym ostrzem, pod warunkiem że nie jest ono ukryte np. w lasce lub w parasolu. Stało się tak po wejściu w życie w 1990 r. rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych do ustawy o broni, amunicji i materiałach wybuchowych. Do tego czasu w Polsce obowiązywał zakaz noszenia szabli, szpad, bagnetów, sztyletów i noży składanych (o długości ostrza ponad 10 cm). Wprowadziło go rozporządzenie trzech przedwojennych ministrów (spraw wewnętrznych, spraw wojskowych oraz przemysłu i handlu) do prawa o broni z 1932 r. Przepis nie zakazywał posiadania tej białej broni, ale jej noszenia. Wyłączał z tego zakazu myśliwych, którzy udawali się na polowanie, oraz osoby, którym takie narzędzia były potrzebne do wykonywania zawodu. Te regulacje obowiązywały przez cały okres PRL-u, mimo że w 1961 r. powstała nowa ustawa o broni i amunicji. W końcowych jej przepisach znalazło się bowiem stwierdzenie, że dotychczasowe rozporządzenia obowiązują do czasu wydania nowych, a te wydano już w wolnej Polsce, 29 października 1990 r.
Projekt tego rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych przygotowywała Komenda Główna Policji. W dużym pośpiechu, ponieważ pojawił się problem masowego importu broni gazowej z Zachodu i trzeba było szybko uregulować tę kwestię. Znalazł się więc w nim wówczas zapis mówiący o konieczności uzyskania zezwolenia m.in. na pistolety i rewolwery do miotania chemicznych środków obezwładniających oraz na kusze. W wykazie zakazanej białej broni umieszczono: ostrza ukryte w przedmiotach niemających wyglądu broni, nunczaki i kastety, a także pałki giętkie z twardym i ciężkim zakończeniem. O obowiązującym do tej pory zakazie noszenia sztyletów, bagnetów i szabli nie było już ani słowa.
- W Komendzie Głównej pracowało wtedy niewielu prawników. Ci, którzy przygotowywali projekt, nie spodziewali się, że jak zmienią rozporządzenie, to przy okazji uchylą poprzednie. Ten błąd zaowocował tym, że od listopada 1990 r. można już w Polsce legalnie nosić przy sobie noże, bagnety, szpady i wiele innych niebezpiecznych narzędzi i praktycznie nie trzeba się nawet z tego tłumaczyć - przyznaje podinsp. Leszek Szopa, naczelnik Wydziału Postępowań Administracyjnych w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Krakowie.
Kolejna ustawa o broni i amunicji, która powstała w 1999 r. niewiele już w tym względzie zmieniła. Do wykazu zakazanej broni białej dodała jedynie pałki, imitujące kij bejsbolowy (z drewna lub innego ciężkiego materiału). Próbę zmiany tej sytuacji podjęła nauczycielka z Krakowa, Monika Ryniak, której syn Kamil został we wrześniu 2004 r. napadnięty i pobity (z użyciem noża i siekiery) przez nowohuckich pseudokibiców. Zebrała ponad 120 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, przewidującym m.in. zakaz noszenia noży w miejscach publicznych. Trzy lata później PiS zgłosił ten projekt do Sejmu, jednak przepadł on po zmianie rządu. Potrzeby zaostrzenia przepisów Ministerstwo Sprawiedliwości także dzisiaj nie widzi.
Sceptycznie podchodzi do tego także wielu prawników. Przekonują, że za użycie niebezpiecznego narzędzia w przestępczym celu i tak już dzisiaj grożą dużo surowsze sankcje, a to, że ktoś ma scyzoryk przy sobie nie oznacza, że zamierza zrobić komuś krzywdę.
- To zły pomysł z wielu powodów - mówi dr Piotr Kładoczny z Helsińskiej Fundacji Prawa Człowieka. - Po pierwsze, musielibyśmy szczegółowo określić, co jest narzędziem zakazanym, a co np. scyzorykiem dla wędkarza. Byłoby to ciężkie do wyegzekwowania. Poza tym, jeśli policjant mógłby nas przeszukać tylko dlatego, że wydajemy mu się podejrzani, to otwiera to duże pole do nadużyć władzy. A zakazy i tak nie powstrzymają bandytów, którzy chodzą po mieście z nożami czy maczetami.
Jednak ten problem udało się rozwiązać w większości europejskich krajów. W niektórych szczegółowo określono, jakie ostrza są zakazane (zwykle zakazane są m.in. sztylety, motylki, składane noże o długości ostrza powyżej 7 cm). Ale większość państw zdecydowała się na wprowadzenie zasady: białą broń można mieć przy sobie, pod warunkiem że można uzasadnić jej posiadanie. Czyli tak, jak to regulowały w Polsce jeszcze przedwojenne przepisy. Wspomniany przez prawnika wędkarz, mógł się więc wtedy spokojnie wytłumaczyć, że idzie na ryby. Dobrym wytłumaczeniem był też wykonywany zawód.
- Wrócę do tego tematu. Używanie takich narzędzi jak topory, maczety czy samurajskie miecze stało się ostatnio w Krakowie już praktycznie zwyczajem. Nawet nóż zszedł na dalszy plan, to przerażające. Na nowohuckich osiedlach obserwuję grupy agresywnych, młodych ludzi - bez perspektyw i innej możliwości spędzania wolnego czasu, niż staczanie kolejnych bójek. Obawiam się, że jest to narybek dla mafii. Boję się też, że za chwilę ich ofiarami będą zwykli przechodnie - mówi pos. Monika Ryniak.
Na razie jednak w sklepach w militariami maczety schodzą jak ciepłe bułeczki. Może je kupić każdy bez jakiegokolwiek pozwolenia. Ceny od 20 do 100 zł. Wyjątkowe okazje trafiają się też na Allegro. "Klasyczna maczeta o długości 23 cali (58 cm) wykonana z jednego kawałka czernionej stali sprężynowej, na grzbiecie ostrza nacięta piła. Producent: Master Cutlery, USA - 35 zł" - to jedna z ostatnich propozycji. Ma już pozytywne opinie: "Konkretna maczeta, długość ostrza jest imponująca, piłą ściąłem spore drzewo. Jak dla mnie, można nią narobić niezłego gnoju. Jednym słowem maczeta na ciężkie czasy. Ideał."