Felieton TMCh #14: Szacunek do tradycji

„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”.

Znacie ten cytat? Zapewne tak. Jak słowa marszałka Józefa Piłsudskiego skonfrontować z naszym ukochanym kibolstwem? Można, a nawet należy!

Jednym z moich ulubionych zajęć podczas wyjazdów było słuchanie starszych kibiców. W książce „To my chuligani” macie kilka takich przykładów. Zostały w pamięci na tyle, by po dwudziestu latach, przytoczyć słowo w słowo to, co usłyszałem na wyjeździe. Jako młody szczyl oparty o siedzenie w pociągu, przysłuchiwałem się opowieścią starej ekipy. Czasem był to pijacki bełkot, czasem sensowne rozmowy kilku gości, którzy z niejednego pieca jedli chleb. Zarówno jedne jak i drugie informacje zawsze sprawdzałem u kolejnych kibiców i porównywałem te opowieści.

Ukształtowały mnie jako kibica. Miały duży wpływ na mnie jako człowieka. Pokazały co jest ważne, wskazały wartości i drogę, którą warto podążać. Warto być kibicem. Warto kochać swój klub. Warto być dobrym człowiekiem. Takim jebniętym fanatykiem.

Kilka lat temu, przy okazji realizacji spraw zawodowych, spotkałem się z kibicem kiedyś wrogiej dla mojej ekipy drużyny. Dlaczego „kiedyś” wrogiej? Bo ta ekipa zatraciła swoją tożsamość, a przez to stała się kibicowskim marginesem. Stała się przytułkiem innej ekipy, jej fan clubem. To był młody kibic, który miał gdzieś bycie czyimś FC. Jako młody kibic chciał zbudować coś więcej. Miał cel którego nie udało mu się osiągnąć, choć minęło już 6 lat od naszego spotkania. Zapytał się mnie kiedyś „Czemu my mieliśmy kiedyś kosę?”. Po tym pytaniu zrozumiałem jak ważne są starsze pokolenia na stadionie. Coś, co dla mnie było oczywiste, dla niego było jak sudoku dla pięciolatka. Starzy mieli wywalone na takich jak on. Nie pielęgnowali tradycji. Przestali identyfikować się ze swoim klubem.

Kto we współczesnych czasach Modern Futbolu jest moim lustrzanym odbiciem z przeszłości na stadionach? Ultraska. Banda świrów zakochana w swoim klubie. Bez miłości do klubu, ekipy i historii nie powstanie żadna oprawa. Chłopacy głodni wiedzy, którzy gardzą elementem pojawiającym się na chwile. Im nie straszne interesowne zgody.

Myślałem że mnie starego kibola nic już nie zaskoczy. Myślałem, że przeżyłem i słyszałem już wszystko. No i wybrałem się na wyjazd na GKS Tychy. W autokarze siedzenie obok zajął gość. Piąty krzyżyk na karku. Widywałem go wcześniej na stadionie, ale na wyjeździe nigdy. Ani w latach 90-tych ani we współczesnych. Od słowa do słowa, od piwa do piwa i się zaczęło...

Zakładał pierwszy formalny ruch kibicowski w mieście na początku lat 80-tych. Wyjechał na wiele lat za granicę i niewiele o nim mogłem się wcześniej dowiedzieć. Historie, o których mi opowiadał, wprowadziły mnie w jeszcze większe zdumienie niż te, które słyszałem w latach 90-tych.

Mam już tak, że sprawdzam to, co usłyszałem. Potwierdziło to kilka osób. Wiecie gdzie to znajdziecie. W kolejnych częściach książki. Jedno wiem, warto chłonąć wiedzę i nie ważne jakiej dziedziny życia by ona dotyczyła. Dla nas, kibiców, najważniejsza może być tylko kibolska. Krwawa i niebezpieczna. Niepojęta dla Gówno Prawdy i naszych drugich połówek. Krótko mówiąc - kibic, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości. Spróbuj się z tym nie zgodzić.

Z kibicowskim pozdrowieniem
TMCh